poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Dangerous Work: Diary of an Arctic Adventure


Powiada się, że jeden życiorys to materiał na jedną książkę. Jeśli tak, to życie Arthura Conan Doyle'a jest materiałem na kilka powieści. Awanturniczych, przygodowych, wojennych, a na końcu groteskowej i tragicznej komedii. Arthur Conan Doyle jest znany przede wszystkim jako twórca postaci Sherlocka Holmesa i jeden z pionierów powieści detektywistycznej. Ale to wszystko później. W 1880 roku młody Doyle jest biednym jak mysz kościelna studentem medycyny na uniwersytecie w szkockim Edynburgu. Uczy się dobrze, ma jednak opinię rozrabiaki. Bije się często i chętnie. W wolnych od nauki chwilach dorabia, gdzie może, by uskubać parę miedziaków. Pojawia się okazja, by wypłynąć w rejs wielorybnikiem. Okazja, która oferuje zarobek i przygodę. To wszystko, czego potrzebuje młody Doyle. Kapitan statku, 50-letni John Gray, to oschły rudy brodacz, który pod gruboskórnym sposobem bycia skrywa dobrą naturę. Wypływają pod koniec lutego 1880 roku, za cel obierając wody Morza Północnego. Już pierwszego dnia marynarze próbują" młodego członka załogi. Bijatyka z bosmanem kończy się podbitym okiem i zawarciem nowej przyjaźni. Widok lodowatych wód północnych robi niemałe wrażenie na studencie medycyny. Polowanie zaczyna się od uboju fok. To łatwy łup. Załoga opuszcza statek i zabija foki wędrując w głąb lodowej pokrywy. Większe wrażenie robi na młodym studencie polowanie na wieloryby. Technika jest prosta, jednak walka z wielorybem to już nie przelewki. Najpierw należy trafić zwierze harpunem. Zraniony osobnik, walcząc z bólem, próbuje pozbyć się ostrza tkwiącego w ciele. Nurkuje i atakuje statek. Marynarze walczą, by zdobycz nie zerwała liny. Gdy wieloryb się zmęczy, wówczas podpłyną łodzie z załogą, która dobije upolowaną zdobycz. Dziś mało kto ma dobre zdanie o polowaniu na wieloryby, jednak pod koniec XIX wieku europejskie wielorybnictwo to ważna gałąź przemysłu, oferująca pracę i przygodę. Młody Doyle przez cały rejs, który trwa siedem miesięcy, robi notatki w swoim dzienniku. Gdy będzie opuszczał statek, w kajecie zanotuje, że wszedł na pokład jako chłopiec, a na ląd zszedł jako mężczyzna". Pamiętniki z wypraw wielorybnikiem schowa w szufladzie na wiele lat. Ukończy medycynę, rozpocznie praktykę lekarską, ożeni się, ustatkuje. Jednak nie będzie potrafił usiedzieć na miejscu. Wyjeżdża do Południowej Afryki i jako korespondent z II wojny burskiej pisuje reportaże dla prasy. Wraca z mocnym postanowieniem zostania pisarzem. Pierwsze opowiadanie, Studium w szkarłacie" szybko zyskuje popularność wśród czytelników. Stworzona przez Doyle'a postać detektywa Sherlocka Holmesa będzie dziełem jego życia, choć sam autor marzy, by zostać poważnym pisarzem z poważaniem społeczeństwa". Zapewne sam Arthur Conan Doyle nie śmiał przepuszczać, że w kręgi poważnych pisarzy wprowadzą go, wiele lat po jego śmierci, pamiętniki z wypraw na wielorybniku. Dangerous Work: Diary of an Arctic Adventure", wydane przez Bibliotekę Brytyjską, cieszą się dziś niemałym uznaniem czytelników, mimo, że wielorybnictwo jest obecnie postrzegane jako bestialski mord na bezbronnych zwierzętach. Pamiętniki Doyle'a to zapewne wspaniała lektura dla tych wszystkich, którzy mimo przeszkód, starają się podążać mniej utartymi ścieżkami, tak, by życie nie minęło, jakby człowiek nigdy nie żył". Saluto.

sobota, 10 sierpnia 2013

Sport jest na zawsze

W ostatnim Przekroju" opublikowano rewelacyjny wywiad z Krzysztofem Wyrzykowskim, komentatorem sportowym Eurosportu i korespondentem francuskiego magazynu L'Equipe". Wyrzykowski barwnie opowiada o swojej znajomości z Lance'em Armstrongiem, historii Tour de France, nagłym wysypie biegaczy i triatlonistów, polskich kibicach. Oczywistym jest, że gdy rozmowa dotyczy Armstronga to dotyczy dopingu w sporcie. Na podchwytliwe pytanie czy kibicie, po raz kolejny oszukani przez swoich sportowych idoli, nie odwrócą się od sportu, Wyrzykowski zdecydowanie odpowiada, że nie ma takiej możliwości, bo sport jest na zawsze i niczym nie jesteśmy w stanie zastąpić emocji, które wzbudza". Ma rację, bo przecież wszyscy chcemy nowych rekordów, choć dziś bez koksu, to niemal niemożliwe. Dodatkowo my lubimy upadłych bohaterów i jesteśmy podatni na łzawe historie. Jak choćby powrót do szybkiego biegania Justina Gatlina. Jego życiorys to gotowy scenariusz filmowy. Dzieciak z Brooklynu, najszybszy na podwórku, do szkoły zawsze biegał, a nie chodził. Stypendium sportowe i ucieczka od biedy. Następnie udział w igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata, złote medale i rekord świata na 100 metrów, aż w końcu afera dopingowa i dyskwalifikacja na 4 lata. Powrót do lekkoatletyki i sukces na bieżni. W tym sezonie Justin Gatlin pokonał Usaina Bolta na meetingu w Rzymie, co zresztą głośno zapowiadał już w zeszłym roku. Czy biega na koksie? Tymczasem skoro jestem przy bieganiu i dopingu to taki przydałby się mojemu portfelowi. Biegam, biegam i zastanawiam się dlaczego buty, których zelówki ścieram, kupiłem w Vancouver za 75 dolarów, czyli jakieś 250 złotych, a w polskich sklepach są za niemal 500 złotych? Tak, wiem, marudzę, ale mnie to faktycznie zastanawia. I irytuje. Co ponadto? W czwartkowym Dużym Formacie" jest wywiad z ultramaratończykiem Michałem Kiełbasińskim. Ultramaratony to zawody na wariackim dystansie, bo jak inaczej opisać taki Bieg Siedmiu Szczytów? To wyścig na dystansie 215 kilometrów po Koronie Gór Polski. Kiełbasiński był pierwszy na mecie, biegł non stop przez 35 godzin i 31 minut. Jak to możliwe biec tyle i nie paść? Nie wiem, trudno mi to nawet sobie wyobrazić, ale trzeba mieć niezłą motywację i niesamowite zdrowie. Tymczasem dzisiaj startuje Chudy Wawrzyniec. To górski bieg ultra w Beskidzie Żywieckim. Wyścig jest rozgrywany na dwóch dystansach: 50 kilometrów i 80 kilometrów. Start w Rajczy i bieg do Ujsoł, naokoło, przez góry, po granicy ze Słowacją i z widokiem na Tatry. Ktoś chętny? Saluto.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Tyle dróg budują, tylko nie ma dokąd iść







Jan Himilsbach jak nikt inny potrafił trafnie skomentować to, co nas otacza. On sam, a tym bardziej jego puenty, wprowadzały w rzeczywistość element bajkowy. Gdyby nie był postacią prawdziwą to należałoby go wymyślić. Jak stwierdził tyle dróg budują, tylko, kurwa, nie ma dokąd iść". Jest w tym racja do cholery. Tymczasem w prawdziwym życiu Miami Heat pokonali San Antonio Spurs w finale NBA i zdobyli drugie z rzędu mistrzostwo. Drużyna z Miami dołączyła do grona zaledwie pięciu klubów, które zdołały obronić mistrzowski tytuł. Czy Heat zbliżą się do osiągnięć Celtics, Lakers czy Bulls i stworzą w Miami dynastię? Czy LeBron James zostanie, o czym zapewne marzy, najlepszym graczem w historii, odbierając ten tytuł swojemu i mojemu idolowi Michaelowi Jordanowi? Czas pokaże. Tegoroczny finał NBA, rozegrany pod koniec czerwca, można zaliczyć do najwspanialszych w historii. Co ponadto? Pakuję graty i jadę do siostry na wieś. Saluto.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Muzyka, blunty i słodycze







Rapowe imprezy w rodzinnym Koninie. Kiedy? Pierwsze były 17 lat wstecz. Szmat czasu. W ostatnią sobotę byłem na takowej, pierwszej od wielu lat. Takie deja vu? Ludzie, których znasz, ale nie pamiętasz imion ani ksywek? Rozmowy o tym co się wydarzyło. Skrócone życiorysy. Przybite piątki. Dobrze było. Impreza na tysiąc pięćset sto dziewięćset. Czas nas zmienił Chłopaki, ale rap wciąż gra. W górę serca. Saluto. 

sobota, 8 czerwca 2013

Poczta do nigdy nigdy. Reporter w kraju koala i białego człowieka

We wstępie swojej książki Poczta do nigdy nigdy. Reporter w kraju koala i białego człowieka" Lucjan Wolanowski przytacza starą japońską maksymę, że lepiej raz zobaczyć niż tysiąc razy usłyszeć". Odnosi się to także do jego reportaży, faktu, że żadna lektura nie zastąpi tego, co człowiek sam przeżyje. I namawia do podróży. W książce Poczta do nigdy nigdy. Reporter w kraju koala i białego człowieka" Wolanowski odkrywa dla siebie i czytelników Australię. Odkrywa to właściwie słowo, gdyż Wolanowski podróżował po kontynencie australijskim w latach 60-tych XX wieku, w czasach, gdy niewielu polskich podróżników włóczyło się po państwie położonym dalej niż daleko". Dzisiaj, ponad pięćdziesiąt lat po tym jak po Australii szwendał się Wolanowski, najcieplejszy kontynent świata wygląda zapewne inaczej. Nadejdzie dzień, gdy się o tym przekonam. Saluto.