poniedziałek, 9 lutego 2015

35

Cześć, jestem Paweł, mam 35 lat i jestem pesymistą - tak oto zamierzam się przedstawiać od dziś. Czy to źle? W dobie tyranii szczęścia, gdzie dobrze przyjęte jest jedynie pozytywne nastawienie", taka postawa może być trochę na bakier, ale przynajmniej będę uczciwy i szczery. Dla tych, którzy dobrze mnie znają, to nie będzie żadna nowość. Od zawsze niemal narzekam na nikczemny los i marudzę przy każdej okazji, odbierając zapewne tym samym radość innym o odmiennym nastawieniu. Jednak, chciałbym zapewnić, nie robię tego nigdy celowo, po prostu taki jestem. Jednocześnie chciałbym poinformować, że mimo braku optymistycznej postawy życiowej, całkiem wesoły i ciekawy wiodę żywot i w żaden sposób nie można mnie nazwać frustratem. Tak jak wspomniałem, jestem pesymistą i chciałbym zaapelować, by nie piętnować takiej postawy życiowej ciągłym i wszechobecnym wychwalaniem optymizmu. Pesymizm to całkiem fajna sprawa i może przynieść wiele korzyści. 
35 lat na karku. Z tej okazji sprawiłem sobie prezent, jakim jest album kartograficzny Judith Schalansky Atlas wysp odległych". To niezwykła książka, gdzie literatura połączona jest z kartografią. Niemiecka pisarka portretuje pięćdziesiąt wysp rozsianych na wszystkich oceanach. Z pracowicie zebranych relacji historycznych i danych naukowych wysnuwa intrygujące literackie miniatury, łącząc je z subtelnymi mapami, razem tworzy całość o niezwykłej mocy oddziaływania na wyobraźnię. Schalansky tym albumem udowodniła, że atlas geograficzny może przybrać formę niezwykle poetycką. Po lekturze pozostaje jedynie spakować graty i wyruszyć na jedną z wysp. Być może tam uda się odnaleźć szczęście?
Więc, gdy zacząłem już snuć plany porzucenia nikczemnej rzeczywistości i przeprowadzkę na jedną z rajskich wysp, gdzie ukrył bym się pod palmami, wpadł mi w ręce esej niejakiego Andy Martin'a, wykładowcy Uniwersytetu Cambridge. Autor, nawiązując do swojej wakacyjnej wizyty na Hawajach, opisuję zjawisko lawinowo rosnącej depresji, która jest skutkiem ubocznym uwielbienia optymizmu, jako właściwej postawy życiowej i uzależnienia od szczęścia za wszelką cenę. Andy Martin w trakcie poszukiwań wymarzonej fali na jednej z hawajskich wysp natknął się na miejscowego psychologa, z którym to uraczył się pogawędką przy dobrym trunku. Otóż, po kilku głębszych, Hawajczyk pożalił się, że chciałby wynieść się z wysp tropikalnych i zamieszkać w zimnej i deszczowej Anglii, gdyż tam ludzie mogą być nieszczęśliwi i nikomu to nie przeszkadza. Tymczasem w takie miejsca, jak choćby wyspy hawajskie, nieustannie przybywa rzesza idiotów, naiwnie wierząc, że otóż tam właśnie odnajdą szczęście. Natomiast na Hawajach, a zapewne także w pozostałych pięknych miejscach na świecie, odsetek ludzi z depresją i pesymistycznym nastawieniem jest większy niż w pozostałych. Dodatkowo, kiedy człowiek ma depresję w rajskim miejscu, to nie tylko ją ma, ale także czuję się winny, bo powinien być tak cholernie szczęśliwy. I w tym momencie prysł mój plan ucieczki na jedną z rajskich wysp, gdyż w ten sposób mógłbym się wpakować w jeszcze większą niełaskę. W swoim eseju Andy Martin odwołuje się do największych myślicieli w dziejach nowożytnych, od Waltera do Freuda, którzy twierdzą, że w filozofii zawsze chodziło o to, by przekuć balon nadmiernego optymizmu. I stawia tezę, że tak potępiany pesymizm, jest całkiem dobrym sposobem na życie. Bo skoro wierzysz, że coś może pójść nie tak, a tak się stanie, to wydarzenie to nie będzie zaskoczeniem i całkiem gładko przejdziesz do kolejnego etapu. Jest w tym sens. Tak więc odetchnąłem głęboko, bo jak wspomniałem powyżej, mimo braku optymistycznej postawy życiowej, całkiem wesoły i ciekawy wiodę żywot, a wrodzony cynizm pozwala spojrzeć mi na każdy upadek z sarkazmem i wyciągnąć jakieś wnioski. A zatem witajcie, lęku i rozpaczy!

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Bukareszt, Cristian, Constanta, Ruse, Sofia





Szybki transfer do Berlina, krótki lot do Bukaresztu, by tam wsadzić tyłek w wypożyczone auto. Trzy tysiące kilometrów po drogach Bułgarii i Rumunii, po to, by połączyć razem kilka odległych punktów na mapie. Bukareszt, Cristian, Constanta, Ruse, Sofia. Czy jestem ignorantem, bo nic nie wiem na temat miejsc, które odwiedziłem? Zostałem za to fanem win rodem z Bułgarii i Rumunii. Odnośnie moich spostrzeżeń to miałem wrażenie, że jestem w Polsce, gdzieś w początku lat dziewięćdziesiątych. Takie deja vu. Tyle wiadomości, bo jak powiedział towarzysz w tej podróży, co było w delegacji, zostaje w delegacji". Saluto.

czwartek, 8 stycznia 2015

Zwariował świat, który mnie wychował

Witamy w 2015 roku. Co przyniesie ten nowy rok? Co nas czeka? Będzie dobrze czy dobrze już było? Pytania można mnożyć, na odpowiedzi będzie trzeba poczekać. Ciekaw jestem jednak, czy będzie to rok, gdzie zderzenie cywilizacji", które ma miejsce już od lat, przybierze na sile i z wojny partyzanckiej, bo jak nazwać atak na redakcję Charlie Hebdo", przekształci się w otwarty konflikt na wielu kontynentach? Dowiemy się. Może nie jutro, może nie za tydzień, może nie w tym roku, ale dowiemy się na pewno.
Zapewne wszyscy wiemy co wydarzyło się w paryskiej redakcji Charlie Hebdo". Szaleństwo mordu ogarnęło kolejnych fanatyków, którzy tym razem wzięli sobie za cel ataku dziennikarzy i rysowników z francuskiego pisma, na łamach którego publikowane były obrazoburcze karykatury Mahometa. Ale nie tylko. Wśród postaci, które doczekały się swoich groteskowych karykatur, były osobistości ze świecznika politycznego i kulturalnego we Francji, jak choćby polityk Marine Le Pen czy pisarz Michel Houellebecq. Dlaczego więc u fanatycznych muzułmanów obrazoburcze rysunki o tematyce religijnej wywołały taką rządzę krwi? Wśród wielu komentarzy, które ukazały się po ataku, moją uwagę zwrócił tekst Slavoja Źiźka pod prowokacyjnym tytułem Żadni fundamentaliści, to zazdrosne cieniasy", którego przekład ukazał się w ostatnim weekendowym wydaniu Gazety Wyborczej". Źiźek, jak to ma w swym zwyczaju, potrafi trafnie dostrzec szerszy kontekst wydarzeń, jednak, przynajmniej w swoich ostatnich tekstach, wszelkie źródła zła widzi jedynie w liberalnym kapitalizmie. Powołując się na Fryderyka Nietzsche, twierdzi, że zachodnia cywilizacja zmierza ku upadkowi, gdyż jej przedstawiciele, poniekąd my wszyscy, to pozbawione pasji i zaangażowania istoty, niezdolne do marzeń i podejmowania wszelkiego ryzyka, szukające jedynie bezpiecznego azylu, lubujące się jedynie w przyjemnościach. Nie sposób się tutaj nie zgodzić. Nie ma w tym żadnej racji? A ilu z nas podjęło choć raz ryzyko spełnienia swoich marzeń, rzucając na szalę swoją nudną, ale bezpieczną codzienność? Jednak to, co zwróciło moją uwagę w tekście Źiźka, to epitety i przywary, jakimi obdarza fanatyków, którzy urządzają takie masakry, jak w redakcji Charlie Hebdo". Źiźek, który sam przedstawia się jako marksista, przekonuje, że ci, co przeprowadzają takie ataki, to zwykli bandyci, żadni fundamentaliści, głęboko zaniepokojeni, zaintrygowani i zafascynowani grzesznym życiem nas, których określają mianem niewiernych. Twierdzi, że pod pozorem walki z niewiernymi, walczą faktycznie z własnymi pokusami, nad którymi nie potrafią zapanować. Ich dzika gorliwość dobitnie świadczy o braku własnego przekonania. Bo jak krucha musi być wiara takiego muzułmanina, pyta Źiźek, skoro czuje się zagrożony przez głupią karykaturę w satyrycznym i niskonakładowym tygodniku? To sposób rozumowania, wielce prowokacyjny, który nie powinien pozostawić nikogo obojętnym. W kolejnej części tekstu Źiźek szuka recepty na tym podobne przypadki i jak to ma w swoim zwyczaju, twierdzi, że uratować nas może jedynie odnowiona lewica. Przyznam, że tak jak lubię prowokację w tekstach Źiźka, tak jego recepty na wszelkie zło w postaci gorliwej wiary w lewicę, także ocierają się o fanatyzm. Niemniej jednak polecam bardzo felieton z ostatniego weekendowego wydania Gazety Wyborczej". 
Tymczasem w prawdziwym życiu Rafał Sonik wygrał Rajd Dakar w kategorii quadów. Polak w klasyfikacji generalnej o ponad 2 godziny pokonał kolejnego zawodnika, Argentyńczyka Jeremiasa Feriolego. Dziś w Rzeczpospolitej" ukazał się wywiad z Sonikiem. Na pytanie, dlaczego poważny przedsiębiorca bierze się za coś tak szalonego, jak Rajd Dakar, Sonik odpowiada, że jeśli mężczyzna jest ciągle wyspany, uśmiechnięty i chodzi jedynie w ładnym garniturze, to tak faktycznie już nie żyje.". Cóż, nawet jeśli w tym słowach jest trochę buty i arogancji, to mimo wszystko, należy się uznanie i szacunek. Nie dość, że ruszył tyłek z wygodnego biura, to jeszcze wygrał morderczy rajd samochodowy, jakim jest Dakar. Trochę na przekór twierdzeniom Źiźka o moralnym upadku przedstawicieli zachodniej cywilizacji, którym brak odwagi, by spełniać ich własne marzenia i podjąć związane z tym ryzyko porażki. Saluto.               

niedziela, 28 grudnia 2014

Próżniak w krainie korporacji

Koniec roku to zazwyczaj czas podsumowań. Cholernie tego nie lubię. Gdy rozchodzi się o podsumowanie czegoś tak niematerialnego jak okres czasu, przyjmuje to formę zawieszenia pomiędzy przeszłością (i jej oceną, która nie ma żadnego znaczenia, bo przecież przeszłości nie można zmienić) a przyszłością (tu w grę wchodzą lęki i obawy, czy owa przyszłość będzie taka, jak sami, bądź co gorsze, ktoś bliski chce by była). W tym cholernym równaniu brakuje jednej zmiennej. Jakiej? Teraźniejszości. Allan Watts, brytyjski filozof, zwrócił uwagę, że ciągła krzątanina człowieka aby wyciągnąć wnioski z przeszłości, by lepiej zaplanować przyszłość, jest tym co zazwyczaj odrywa nas od działania, które powinno mieć miejsce tu i teraz. Można spędzić setki minut, godzin, dni, tygodni czy wręcz miesięcy na analizowaniu przeszłości, jednak bez skupienia na tym, co w chwili obecnej, na nic się zdadzą wszelkie postanowienia i plany na przyszłość. Proste? Proste. Tak się przynajmniej wydaje.
Koniec roku to czas podsumowań. Otrzymałem grzeczny mejl z podziękowaniem za trud w miejscu pracy, w załączniku znalazłem statystyki dotyczące mych pierwszych miesięcy w korporacji. W przepastnej tabeli excela podsumowane zostały moje dokonania. Uwagę mą przykuło jedno równanie, mianowicie czas, który spędzam w biurowcu, średnia godzin w tygodniu podczas których oddaję się rozkosznemu obowiązkowi pracy. Zapewne nie jest to wielki wyczyn. Zapewne jest wielu, którzy biją te wyniki. I zapewne są z tego dumni. Cieszę się ich szczęściem, a me serce wypełnia duma, że dzięki mnie mogą pobijać stare i ustalać nowe rekordy. Jednak ja zapłakałem nad swym losem rzewnymi łzami, gdy uświadomiłem sobie ile pięknych chwil umknęło mi bezpowrotnie w biurowych czeluściach. Czy więc jestem próżniakiem, który nade wszystko ceni sobie nicnierobienie, zamiast w pocie czoła wykuwać świetlaną przyszłość w gospodarce wolnorynkowej? Nie, z tym ostatnim stanowczo się nie zgadzam. Ja po prostu wierzyłem, że Keynes miał rację, a jego przepowiednia się spełni. 
W 1928 roku, w trakcie wykładu dla studentów Uniwersytetu Cambridge, John Maynard Keynes przekonywał, że w niespełna 100 lat produktywność wzrośnie na tyle, w dobie rozwoju technologii, że nie będzie potrzeby pracować więcej niż 15 godzin w tygodniu". Keynes nie pomylił się w swych prognozach dotyczących wzrostu PKB, jednak sromotnie przestrzelił w rachowaniu czasu pracy, który odwrotnie niż w przewidywaniach ekonomisty z Cambridge, stale wzrasta. O ile w XIX wieku amerykańscy bogacze, opisywani przez socjologa Thorsteina Veblena w książce Teoria klasy próżniaczej", zajmowali się ostentacyjnym próżnowaniem, by pokazać swój status, tak dziś praca, a co za tym idzie permanentny brak czasu, stały się oznaką pozycji społecznej i prestiżu. Nicnierobienie jest jednoznacznie kojarzone z porażką. Czy to właściwe podejście?
Zakładasz biznes, musisz zatrudnić ludzi do pracy a chcesz szybko osiągnąć sukces? Zatrudnij lenia, który ma pasję związaną z czymkolwiek, której oddaje się bez reszty. Taki leń będzie szybko i twórczo wykonywał powierzone mu obowiązki, by szybko i twórczo powrócić do swoich ulubionych zajęć, choćby polegały one właśnie na nicnierobieniu. To oczywiście niezwykle trudne zadanie, znaleźć człowieka tego typu, gra wręcz ryzykowna, bo przecież nie chcesz, by pracownik był produktywny jedynie, gdy jest pod kontrolą. Jednak gdy uda się znaleźć takowego, nie będziesz musiał marnować czasu na kontrolowanie przebiegu pracy, skupisz się na planowaniu podboju rynku w niszy biznesowej, którą sobie obrałeś. Zatrudnienie lenia to ryzyko? Biznes to gra oparta na ryzyku właśnie. Powtarzam zatem, że niezwykle istotne jest, by pracownik - leń miał pasję, której będzie oddawał się bez reszty, to gwarantuje, że pracował będzie szybko, twórczo i sprawnie, by powrócić do swoich ulubionych zajęć.
Koniec roku to czas podsumowań. Cholernie tego nie lubię. Dla mnie to był paskudny rok. Tymczasem wpis powyższy zainspirowany był stertą gazet, które przeczytałem w okresie świątecznym, leżąc w łóżku, z temperaturą i katarem. Dzisiaj czuję się już trochę lepiej. Jutro idę do roboty i nawet się cieszę. Wolę to cholerstwo od grypy. Wszystkiego najlepszego w 2015 roku. Saluto.

wtorek, 16 grudnia 2014

Współczesna wieża Babel

Jest coś niesamowitego w atmosferze, która panuje na lotnisku, gdy jestem tuż przed wylotem. Pod nadaniu bagażu przechodzę odprawę paszportową i wkraczam w delikatnie odrealniony świat. To już namiastka egzotyki. Ludzie zewsząd, niczym w wieży Babel, porozumiewają się często w nieznanym mi języku. Destynacje, które wyświetlają się na tablicy odlotów, są niczym obietnica niezobowiązującej przygody. Magia zakupów w strefie wolnocłowej, która może oszołomić, lecz jedynie mnogością wyboru, nijak ceną. Jednak najważniejsze jest to, co dzieje się za oknem. Potężne stalowe maszyny to lądują, to podrywają się w powietrze, zabierając pasażerów w odległe miejsca w różnych kierunkach świata. Zazwyczaj, z niemałym podekscytowaniem, czekam aż na tablicy odlotów wyświetlony zostanie numer bramki, gdzie mam się udać, by już chwilę później na pokładzie jednej z takich maszyn, podróżować w wybranym kierunku. Tak, jak odczuwam lęk przed lataniem, tak ekscytuje mnie sposób, w jaki funkcjonuje transport lotniczy, zarówno na lotnisku, jak i wysoko w przestworzach. O ile podróż lądem pozwala powoli oswoić się z nowym otoczeniem, to bywa, że po wyjściu z samolotu przeżywam mały szok kulturowy. Tak też było w przypadku krótkiej wizyty na Bałkanach, w Bułgarii i Rumunii. Miałem nieodparte wrażenie, że jestem w Polsce, lecz gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych. Foto - dokumentacja już wkrótce, jak tylko wywołam i zeskanuję negatywy.
Tymczasem w prawdziwym życiu Kobe Bryant wyprzedził Michaela Jordana na liście najlepszych strzelców wszech czasów. Historyczne punkty Bryant zdobył w trakcie meczu Los Angeles Lakers z Minnesotą Timberwolves. Jednak, mimo, że Czarna Mamba", taką ksywkę w NBA nosi Bryant, ma tych punktów więcej niż Jordan, nieformalnego tytułu najlepszego koszykarza w historii nie odbierze mu nigdy. Gdy w połowie ostatniej dekady XX wieku w NBA zadebiutował Kobe Bryant, Michael Jordan był u szczytu swej kariery, zdobywając kolejno czwarty, piąty i szósty tytuł mistrzowski z Chicago Bulls. Jednak wówczas to, w najlepszej lidze koszykówki na świecie, już szukano następcy. I kandydat trafił się idealny - ta sama pozycja, ten sam wzrost, podobny charakter, a nawet znak charakterystyczny, czyli język wysuwany z pyska podczas najtrudniejszych akcji. Wiele ich też jednak różniło. Jordan przez całą swoją imponującą karierę był gwiazdą numer jeden każdej drużyny w której grał, Bryant długo czekał, by stać się najważniejszym graczem Lakers, teamu, w którym gra od początku swej kariery w NBA. Jordan przez cały swój staż w lidze miał zdecydowanie lepszą skuteczność, najlepszym strzelcem sezonu był 10 razy, Bryant ten tytuł zdobył zaledwie dwukrotnie. I wreszcie tytuły mistrzowskie. Michael Jordan i spółka z Chicago zdobyli sześć razy puchar mistrzów, Lakers, z Bryantem na czele, pięć razy dominowali w lidze. I jeszcze jedna statystyka, która przemawia na korzyść Jordana. Zdobycie ponad 32 tysięcy punktów zajęło mu 15 sezonów w lidze, tymczasem dla Bryanta obecny sezon jest 19-tym na parkietach NBA. Z całym szacunkiem i sympatią dla Bryanta, szóstego tytułu mistrza NBA raczej już nie zdobędzie. Saluto.