wtorek, 10 marca 2015

Hey Mzungu, unafanya nini hapa?









Podmuch rozgrzanego afrykańskiego powietrza uderzył znienacka, tuż po tym, jak opuściłem klimatyzowane wnętrze samolotu. Fala gorąca niemal natychmiast przeszyła całe ciało. Krótki spacer po płycie lotniska, który zazwyczaj jest jak lekarstwo po wyczerpującym locie, tym razem nie przyniósł zwyczajowej ulgi. Żar lał się z nieba. Chwiejnym krokiem przekroczyłem próg hali przylotów, gdzie, z wycelowanym w moim kierunku termometrem stał niewzruszony funkcjonariusz służby medycznej. Gdybym miał podwyższoną temperaturę, to byłby koniec mojej podróży. Cała Afryka boi się eboli. Następnie rozmowa ze strażnikiem granicznym. Rubaszny jegomość przez dłuższą chwilę wypytywał mnie o cel przyjazdu. Całkiem absurdalny splot wydarzeń sprawił, szczęśliwie dla mnie rzecz jasna, że zostałem delegatem na konferencję, która miała odbyć się w tanzańskim Dar es Salaam. Strażnik, zerkając na mnie bacznie, co rusz zadawał kolejne pytania, trzymając mnie w napięciu. Po chwili uśmiechnął się, ukazując klawiaturę białych zębów, zamachnął ramieniem, wbijając mi w paszport stempel, po czym rzekł uroczyście - Witamy w Tanzanii.
Na fotografiach dokumentacja odbytej podróży. To był mój pierwszy pobyt na Czarnym Lądzie. Afryka zawsze budziła we mnie respekt i pokorę, choćby ze względu na występujące tam choroby i wojny, dlatego, jak dotąd, traktowałem ten kierunek świata w kategorii może kiedyś". Tymczasem, jak to często bywa, życie napisało inny scenariusz. Na krótko przed podróżą starałem się znaleźć literaturę dotyczącą Tanzanii, szczególnie okresu, gdy tereny te wchodziły w skład Niemieckiej Afryki Wschodniej, jednak nic ciekawego nie znalazłem. Jeśli ktoś może polecić jakąś ciekawą książkę, to proszę o wiadomość na mejl. Saluto.

niedziela, 22 lutego 2015

Backstage







W 1910 roku znany brytyjski dziennikarz Norman Angellow twierdził, że powiązanie świata przez kapitalizm gęstą siecią finansowych i gospodarczych zależności czyni wielką wojnę niemożliwą. Klimat społeczny tamtych czasów, optymizm i beztroska początku XX wieku, powinny budzić skojarzenia z pierwszą dekadą XXI wieku. Tak jak wówczas, tak dzisiaj, uderza asymetria pomiędzy rozwojem cywilizacyjnym a kiepską kondycją moralną człowieka. Na progu I wojny światowej przywódcy polityczni mówili wyłącznie o obronie i zapewnieniu bezpieczeństwa, tymczasem dążyli jedynie do realizacji własnych interesów. Czy dziś nie jest podobnie? Gdy Rosja śle wojska, świat śle wyrazy oburzenia. Wzniosłe wartości, o których głośno wspomina się w zachodnim świecie, pozostają jedynie nic nieznaczącymi frazesami. Najważniejsze, mimo prowizorycznych sankcji, pozostają interesy. Porównania do sytuacji tuż przed wybuchem I wojny światowej można mnożyć. Wówczas to żądne prestiżu elity rosyjskie domagały się większego eksponowania potęgi swego państwa. Frustracje Rosjan w przededniu pierwszego światowego konfliktu były wynikiem wybuchowej mieszanki zagubienia i arogancji. Masy rosyjskie dały sobie wmówić propagandę serwowaną przez ich elity, że żyją na granicy cywilizacji, a świat odmawia rosyjskiemu narodowi miejsca wśród wiodących ras świata. Czy zatem obecna doktryna Kremla nie przypomina koncepcji imperialistów rosyjskich sprzed niemal wieku? Z drugiej strony jakie argumenty pozostały w rękach przywódców świata zachodniego? Argument siły? To byłaby droga ku wojnie powszechnej. Gdy obserwuje to, co dzieje się na Ukrainie rodzą się we mnie obawy, wątpliwości i pytania. 
Tymczasem w prawdziwym życiu w moim odtwarzaczu kręci się nowa płyta D'Angelo. Geniusz funku skrzyknął wokół siebie muzyków z kapeli The Vanguard i razem z nimi nagrał rewelacyjną płytę pod tytułem Black Messiah". To trzeci longplay w dyskografii D'Angelo, pierwszy od 15 lat. Mesjasz czarnej muzyki strzepnął resztki kokainy z kołnierza i ponownie zaczął robić to, co potrafi najlepiej, czyli muzykę. To pełna ekspresji hipnotyczna nuta, rodem z zadymionych, nocnych klubów. Odtwarzam tą muzykę z płyty kompaktowej, jednak mam zamiar nabyć także czarny vinyl. Bardzo polecam. Saluto.

poniedziałek, 9 lutego 2015

35

Cześć, jestem Paweł, mam 35 lat i jestem pesymistą - tak oto zamierzam się przedstawiać od dziś. Czy to źle? W dobie tyranii szczęścia, gdzie dobrze przyjęte jest jedynie pozytywne nastawienie", taka postawa może być trochę na bakier, ale przynajmniej będę uczciwy i szczery. Dla tych, którzy dobrze mnie znają, to nie będzie żadna nowość. Od zawsze niemal narzekam na nikczemny los i marudzę przy każdej okazji, odbierając zapewne tym samym radość innym o odmiennym nastawieniu. Jednak, chciałbym zapewnić, nie robię tego nigdy celowo, po prostu taki jestem. Jednocześnie chciałbym poinformować, że mimo braku optymistycznej postawy życiowej, całkiem wesoły i ciekawy wiodę żywot i w żaden sposób nie można mnie nazwać frustratem. Tak jak wspomniałem, jestem pesymistą i chciałbym zaapelować, by nie piętnować takiej postawy życiowej ciągłym i wszechobecnym wychwalaniem optymizmu. Pesymizm to całkiem fajna sprawa i może przynieść wiele korzyści. 
35 lat na karku. Z tej okazji sprawiłem sobie prezent, jakim jest album kartograficzny Judith Schalansky Atlas wysp odległych". To niezwykła książka, gdzie literatura połączona jest z kartografią. Niemiecka pisarka portretuje pięćdziesiąt wysp rozsianych na wszystkich oceanach. Z pracowicie zebranych relacji historycznych i danych naukowych wysnuwa intrygujące literackie miniatury, łącząc je z subtelnymi mapami, razem tworzy całość o niezwykłej mocy oddziaływania na wyobraźnię. Schalansky tym albumem udowodniła, że atlas geograficzny może przybrać formę niezwykle poetycką. Po lekturze pozostaje jedynie spakować graty i wyruszyć na jedną z wysp. Być może tam uda się odnaleźć szczęście?
Więc, gdy zacząłem już snuć plany porzucenia nikczemnej rzeczywistości i przeprowadzkę na jedną z rajskich wysp, gdzie ukrył bym się pod palmami, wpadł mi w ręce esej niejakiego Andy Martin'a, wykładowcy Uniwersytetu Cambridge. Autor, nawiązując do swojej wakacyjnej wizyty na Hawajach, opisuję zjawisko lawinowo rosnącej depresji, która jest skutkiem ubocznym uwielbienia optymizmu, jako właściwej postawy życiowej i uzależnienia od szczęścia za wszelką cenę. Andy Martin w trakcie poszukiwań wymarzonej fali na jednej z hawajskich wysp natknął się na miejscowego psychologa, z którym to uraczył się pogawędką przy dobrym trunku. Otóż, po kilku głębszych, Hawajczyk pożalił się, że chciałby wynieść się z wysp tropikalnych i zamieszkać w zimnej i deszczowej Anglii, gdyż tam ludzie mogą być nieszczęśliwi i nikomu to nie przeszkadza. Tymczasem w takie miejsca, jak choćby wyspy hawajskie, nieustannie przybywa rzesza idiotów, naiwnie wierząc, że otóż tam właśnie odnajdą szczęście. Natomiast na Hawajach, a zapewne także w pozostałych pięknych miejscach na świecie, odsetek ludzi z depresją i pesymistycznym nastawieniem jest większy niż w pozostałych. Dodatkowo, kiedy człowiek ma depresję w rajskim miejscu, to nie tylko ją ma, ale także czuję się winny, bo powinien być tak cholernie szczęśliwy. I w tym momencie prysł mój plan ucieczki na jedną z rajskich wysp, gdyż w ten sposób mógłbym się wpakować w jeszcze większą niełaskę. W swoim eseju Andy Martin odwołuje się do największych myślicieli w dziejach nowożytnych, od Waltera do Freuda, którzy twierdzą, że w filozofii zawsze chodziło o to, by przekuć balon nadmiernego optymizmu. I stawia tezę, że tak potępiany pesymizm, jest całkiem dobrym sposobem na życie. Bo skoro wierzysz, że coś może pójść nie tak, a tak się stanie, to wydarzenie to nie będzie zaskoczeniem i całkiem gładko przejdziesz do kolejnego etapu. Jest w tym sens. Tak więc odetchnąłem głęboko, bo jak wspomniałem powyżej, mimo braku optymistycznej postawy życiowej, całkiem wesoły i ciekawy wiodę żywot, a wrodzony cynizm pozwala spojrzeć mi na każdy upadek z sarkazmem i wyciągnąć jakieś wnioski. A zatem witajcie, lęku i rozpaczy!

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Bukareszt, Cristian, Constanta, Ruse, Sofia





Szybki transfer do Berlina, krótki lot do Bukaresztu, by tam wsadzić tyłek w wypożyczone auto. Trzy tysiące kilometrów po drogach Bułgarii i Rumunii, po to, by połączyć razem kilka odległych punktów na mapie. Bukareszt, Cristian, Constanta, Ruse, Sofia. Czy jestem ignorantem, bo nic nie wiem na temat miejsc, które odwiedziłem? Zostałem za to fanem win rodem z Bułgarii i Rumunii. Odnośnie moich spostrzeżeń to miałem wrażenie, że jestem w Polsce, gdzieś w początku lat dziewięćdziesiątych. Takie deja vu. Tyle wiadomości, bo jak powiedział towarzysz w tej podróży, co było w delegacji, zostaje w delegacji". Saluto.

czwartek, 8 stycznia 2015

Zwariował świat, który mnie wychował

Witamy w 2015 roku. Co przyniesie ten nowy rok? Co nas czeka? Będzie dobrze czy dobrze już było? Pytania można mnożyć, na odpowiedzi będzie trzeba poczekać. Ciekaw jestem jednak, czy będzie to rok, gdzie zderzenie cywilizacji", które ma miejsce już od lat, przybierze na sile i z wojny partyzanckiej, bo jak nazwać atak na redakcję Charlie Hebdo", przekształci się w otwarty konflikt na wielu kontynentach? Dowiemy się. Może nie jutro, może nie za tydzień, może nie w tym roku, ale dowiemy się na pewno.
Zapewne wszyscy wiemy co wydarzyło się w paryskiej redakcji Charlie Hebdo". Szaleństwo mordu ogarnęło kolejnych fanatyków, którzy tym razem wzięli sobie za cel ataku dziennikarzy i rysowników z francuskiego pisma, na łamach którego publikowane były obrazoburcze karykatury Mahometa. Ale nie tylko. Wśród postaci, które doczekały się swoich groteskowych karykatur, były osobistości ze świecznika politycznego i kulturalnego we Francji, jak choćby polityk Marine Le Pen czy pisarz Michel Houellebecq. Dlaczego więc u fanatycznych muzułmanów obrazoburcze rysunki o tematyce religijnej wywołały taką rządzę krwi? Wśród wielu komentarzy, które ukazały się po ataku, moją uwagę zwrócił tekst Slavoja Źiźka pod prowokacyjnym tytułem Żadni fundamentaliści, to zazdrosne cieniasy", którego przekład ukazał się w ostatnim weekendowym wydaniu Gazety Wyborczej". Źiźek, jak to ma w swym zwyczaju, potrafi trafnie dostrzec szerszy kontekst wydarzeń, jednak, przynajmniej w swoich ostatnich tekstach, wszelkie źródła zła widzi jedynie w liberalnym kapitalizmie. Powołując się na Fryderyka Nietzsche, twierdzi, że zachodnia cywilizacja zmierza ku upadkowi, gdyż jej przedstawiciele, poniekąd my wszyscy, to pozbawione pasji i zaangażowania istoty, niezdolne do marzeń i podejmowania wszelkiego ryzyka, szukające jedynie bezpiecznego azylu, lubujące się jedynie w przyjemnościach. Nie sposób się tutaj nie zgodzić. Nie ma w tym żadnej racji? A ilu z nas podjęło choć raz ryzyko spełnienia swoich marzeń, rzucając na szalę swoją nudną, ale bezpieczną codzienność? Jednak to, co zwróciło moją uwagę w tekście Źiźka, to epitety i przywary, jakimi obdarza fanatyków, którzy urządzają takie masakry, jak w redakcji Charlie Hebdo". Źiźek, który sam przedstawia się jako marksista, przekonuje, że ci, co przeprowadzają takie ataki, to zwykli bandyci, żadni fundamentaliści, głęboko zaniepokojeni, zaintrygowani i zafascynowani grzesznym życiem nas, których określają mianem niewiernych. Twierdzi, że pod pozorem walki z niewiernymi, walczą faktycznie z własnymi pokusami, nad którymi nie potrafią zapanować. Ich dzika gorliwość dobitnie świadczy o braku własnego przekonania. Bo jak krucha musi być wiara takiego muzułmanina, pyta Źiźek, skoro czuje się zagrożony przez głupią karykaturę w satyrycznym i niskonakładowym tygodniku? To sposób rozumowania, wielce prowokacyjny, który nie powinien pozostawić nikogo obojętnym. W kolejnej części tekstu Źiźek szuka recepty na tym podobne przypadki i jak to ma w swoim zwyczaju, twierdzi, że uratować nas może jedynie odnowiona lewica. Przyznam, że tak jak lubię prowokację w tekstach Źiźka, tak jego recepty na wszelkie zło w postaci gorliwej wiary w lewicę, także ocierają się o fanatyzm. Niemniej jednak polecam bardzo felieton z ostatniego weekendowego wydania Gazety Wyborczej". 
Tymczasem w prawdziwym życiu Rafał Sonik wygrał Rajd Dakar w kategorii quadów. Polak w klasyfikacji generalnej o ponad 2 godziny pokonał kolejnego zawodnika, Argentyńczyka Jeremiasa Feriolego. Dziś w Rzeczpospolitej" ukazał się wywiad z Sonikiem. Na pytanie, dlaczego poważny przedsiębiorca bierze się za coś tak szalonego, jak Rajd Dakar, Sonik odpowiada, że jeśli mężczyzna jest ciągle wyspany, uśmiechnięty i chodzi jedynie w ładnym garniturze, to tak faktycznie już nie żyje.". Cóż, nawet jeśli w tym słowach jest trochę buty i arogancji, to mimo wszystko, należy się uznanie i szacunek. Nie dość, że ruszył tyłek z wygodnego biura, to jeszcze wygrał morderczy rajd samochodowy, jakim jest Dakar. Trochę na przekór twierdzeniom Źiźka o moralnym upadku przedstawicieli zachodniej cywilizacji, którym brak odwagi, by spełniać ich własne marzenia i podjąć związane z tym ryzyko porażki. Saluto.