niedziela, 9 lutego 2020

Czterdzieści, o zgrozo!

Czy w tym roku, podczas tej zimy, były mrozy? Czy spadł śnieg? Nic z tego, zimy jest tu niedostatek. A przecież mamy luty, który tutaj, na półkuli północnej, jest, lub raczej być powinien, zgodnie ze swą nazwą, okresem srogich mrozów. Niepodobne, ja takiej lichej zimy nie pamiętam, zatem globalne ocieplenie to nie mrzonki, jeno prawda, o żesz prawda. Babcia zwykła mawiać, że gdy przyjdzie luty, trzeba mieć podkute buty, a tu taka straszna lipa. Nastał drugi miesiąc roku, luty, zimy nie ma, co zatem? Czy zawsze tak było? Czy luty, na półkuli północnej, był mroźny, pełny śniegu czyli zimowy odkąd ludzkość pamięta? Co takiego ciekawego wydarzyło się w lutym na przestrzeni wieków.  Sprawdźmy to!
Otóż to, dnia 1 lutego 1814 roku, rozpoczął się ostatni jarmark na zamarzniętej Tamizie w Londynie. Dlaczego ostatni? Jarmarki organizowano nieprzerwanie od XV wieku, czyli od początku tzw. małej epoki lodowej", gdy średnie temperatury spadły na półkuli północnej o kilka stopni. Czy zatem koniec małej epoki lodowej" jest jednocześnie początkiem globalnego ocieplenia? Cholera wie, nie znam się, ale natura żyje swoim życiem i rządzi życiem ludzi niepodzielnie od setek lat. Zapewne nie takimi motywami, czyli pogodą, kierował się Roman Polański, gdy dnia 1 lutego 1978 roku, uciekł ze słonecznej Kalifornii właśnie do deszczowego Londynu. Od sławnej ucieczki minęły cztery dekady, tymczasem Polański nadal jest zbiegiem poszukiwanym przez amerykański wymiar sprawiedliwości. Wszystko związane z aktem oskarżenia o gwałt, którego miał się dokonać na trzynastoletniej Samancie Gailey, w trakcie sesji fotograficznej w domu Jacka Nicholsona w 1977 roku. Cóż, lubię filmy Polańskiego, lecz jego biografia nie jest klarowna, na fali ruchu #MeToo, pod adresem reżysera, pojawiło się znacznie więcej oskarżeń o czyn gwałtu na nieletnich. Tyle pierwszy dzień miesiąca jakim jest luty, co dalej? Dnia 2 lutego miały miejsce dwa zaprzysiężenia na prezydenta, zaprzysiężenia odległe od siebie nie tylko o lata, gdyż pierwsze miało miejsce w 1993 roku, a drugie w 1999 roku, lecz także odległe o zmiany polityczne, jakie ze sobą niosły. W 1993 roku w czeskiej Pradze w Vaclav Havel został zaprzysiężony na urząd prezydenta Republiki Czeskiej, tymczasem w Wenezueli, w 1999 roku, lecz również 2 lutego, prezydenturę objął Hugo Chavez. Pierwszy z nich, Havel, jest był przez całe swe życie i jest do dzisiaj, symbolem walki z reżimem komunistycznym, tymczasem drugi, Chavez, władzę zdobył w wyniki wyborów demokratycznych, by w trakcie swoich rządów zmienić poglądy i zostać niemal dyktatorem we własnym kraju. Ale nie tylko szczyty władzy, lecz również te prawdziwe, górskie były zdobywane w miesiącu lutym. Dnia 3 lutego 1987 roku Artur Hajzer i Jerzy Kukuczka dokonali pierwszego zimowego wejścia na himalajski ośmiotysięcznik Annapurna. Annapurna to dziesiąty co do wysokości szczyt górski na świecie, liczy 8091 m n.p.m. i jest uważany przez himalaistów za jeden z najtrudniejszych szczytów górskich. Wejście Polaków kończyło powoli epokę dominacji lodowych wojowników" w górach wysokich, jak nazywa się polskich himalaistów z tamtego okresu. Co dalej? Co wydarzyło się dnia 4 lutego? Choćby taki 1789 rok i pierwsze wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Kolegium Elektorskie, tak, tak, w USA wyboru dokonują reprezentanci narodu, zdecydowało jednogłośnie, że George Washington został pierwszym prezydentem młodego, niepodległego państwa, jakim były i są nadal Stany Zjednoczone. Ponownie polityka? Nuda? Ale pozostańmy jeszcze w USA. Dnia 5 lutego 1952 roku w Nowym Jorku zamontowano pierwsze sygnały świetlne na przejściu dla pieszych z ostrzeżeniem Don't Walk". Sprawdziłem i nie jestem pewny co takiego ciekawego wydarzyło się 6 i 7 lutego obojętnie którego roku, tymczasem wydarzenie z dnia 9 lutego przytoczę chwilę później, pozwólcie, jest pretekstem do tego wpisu. Jak wspomniałem na wstępie, luty to zima, szczególnie tutaj, na półkuli północnej. Czy zatem fakt, że dnia 10 lutego 1929 roku odnotowano w Żywcu temperaturę -40,6C, wart jest odnotowania? Oceńcie sami, jak uważam, że tak. Za to kolejny dzień to dzień gorący, przynajmniej dla melomanów i fanów muzyki, gdyż tego dnia, 11 lutego 1963 roku zespół The Beatles nagrał w londyńskim studio Abbey Road swój debiutancki album Please, Please Me", co wydarzyło się dalej w muzyce  rozrywkowej, wszyscy chyba wiemy. Co dalej? Ponownie góry wysokie. Dnia 12 lutego 1985 roku Maciej Berbeka i Maciej Pawlikowski dokonali pierwszego zimowego wejścia na ośmiotysięcznik Czo Oju w Himalajach. Jeśli trzynastka to liczba pechowa to 13 lutego 1241 roku miał miejsce I najazd Mongołów na Polskę, podczas którego zdobyli i doszczętnie spalili Sandomierz. Dzień 14 luty to Święto Zakochanych, ale nie znalazłem informacji, dlaczego akurat pod tą datą, wiem za to, że 14 lutego 2003 roku uśpiono owieczkę Dolly, pierwszego sklonowanego ssaka. Dlaczego? No cholera, wiedzy na ten temat już nie posiadam. Kamaz? Kojarzycie taki samochód ciężarowy? Gdy byłem małym chłopcem często widziałem je na ulicach polskich miast, teraz już ich nie widać. Oficjalnie 15 lutego 1976 roku rozpoczęto produkcję tego radzieckiego, nowoczesnego na swe czasy, samochodu ciężarowego. Dzień 16 luty to święto narodowe w Korei Północnej, gdyż w dniu 16 lutego 1941 roku urodził się Kim Dzong Il, poprzedni dyktator tego państwa. Ponownie góry wysokie, gdyż 17 lutego 1980 roku Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki dokonali pierwszego zimowego wejścia na Mount Everest. Wyżej się nie da, choć oczywiście osławiona K2 jest ponoć trudniejsza technicznie. Przeskoczymy kilka dni celem poszukiwania rozrywki, gdyż w dniu 24 lutego 2019 roku teledysk do utworu Despacito" w wykonaniu Luisa Fonsiego jako pierwszy w historii YouTube osiągnął 6 miliardów wyświetleń. Ponownie będzie o polityce, bo to może być aktualne w obecnych czasach. W dniu 25 lutego 1956 roku Nikita Chruszczow podczas XX Zjazdu KPZR wygłosił referat O kulcie jednostki i jego następstwach", w którym to obarczył Stalina i Berię za wszystkie zbrodnie komunistyczne, czyszcząc przede wszystkim swoje imię. Można? W polityce wszystko można. Jeśli cokolwiek ponownie to co? Góry wysokie. W dniu 26 lutego 2016 roku Włoch Simone Moro, Pakistańczyk Muhammad Ali i Bask Alex Txikon dokonali pierwszego zimowego wejścia na ośmiotysięcznik Nanga Parbat w Himalajach. W dniu 27 lutego 1977 roku szesnastoletni wówczas Diego Maradona zadebiutował w meczu reprezentacji Argentyny z Węgrami. Argentyńczycy pokonali wówczas Węgrów 5:1. W 1892 roku, dokładnie 28 lutego, niemiecki konstruktor Rudolf Diesel opatentował silnik spalinowy. W dniu 29 lutego 2012 roku oddano do użytku Stadion Narodowy w Warszawie. Tyle, luty więcej dni nie posiada, nawet 29 występuje jedynie w latach przestępnych. Skąd ta wyliczanka? Po co? W jakim celu? Jak wspomniałem, wydarzenia z 9 lutego przytoczę na koniec, czyli w tym właśnie momencie. Dokładnie w dniu 9 lutego 1980 roku w szpitalu miejskim w mieście Konin przyszedłem na świat, ale informacji o tym nie znajdziemy na wikipedii. Tak, tak, dokładnie, dzisiaj ta magiczna liczba 40. Co dalej? Oby w zdrowiu, to najważniejsze. Saluto.      

niedziela, 26 stycznia 2020

Dwatysiącedwudziesty!

Szczęśliwego Nowego Roku! Trzask, prask, huki, puki, mamy dwatysiącedwudziesty rok! O zgrozo, jak piękna data! Wszystkiego, co najlepsze w Nowy Roku! Szampan, kawior, fajerwerki i nostalgia! Postanowienia? Plany? Cele? Nadzieje i obawy? Cholera wie, co jeszcze? Wszystko zatem, postanowienia bycia kimś nowym, lepszą wersją samego siebie, na nic refleksja, że nie potrzeba nowej daty w kalendarzu aby rozpocząć nowy rozdział. Życzę zdrowia, szczęścia i rozumu! Co nas może czekać w Nowym Roku? 
Good morning America! Wybujałe ego, fryzura okropna, podrajcowany atomowymi guzikami czuje się niczym komiksowy bohater. Któż taki? Czterdziesty piąty prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej Donald J. Trump. Raptem świat uniknął globalnego konfliktu wywołanego przez Trumpa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem, a tu masz, bliskowschodni tygiel ponownie zawrzał za sprawą amerykańskiego prezydenta. A przecież mogło być tak pięknie. Jedyne współcześnie państwo, które może aspirować do roli mocarstwa, państwo z największym, zdecydowanie najlepszym na świecie korpusem dyplomatów i analityków polityki międzynarodowej wyprodukowało, o zgrozo po raz kolejny, działanie, które można jednoznacznie określić gniotem dekady w stosunkach międzynarodowych. A przecież mogło być tak pięknie, tymczasem, jedynie w sobie znanym celu, prawdopodobnie spragniony wiwatów, siedzący w Białym Domu jegomość wydał rozkaz likwidacji generała Kasema Sulejmaniego, przywódcę Korpusu Strażników Rewolucji Irańskiej. Pytanie po co? Islamska Republika bardzo powoli, lecz konsekwentnie, drżała w swych posadach. Erozji ulegał skamieniały system ajatollahów, modernizujące się społeczeństwo kontra przestarzały reżim, wszystko, co w takiej sytuacji powinny zrobić władze USA to czekać, ewentualnie próbować oddziaływać za pomocą miękkiej siły i wzbudzać nastroje anty w społeczeństwie. Tymczasem zabójstwo (tak, tak, jakże inaczej) Sulejmaniego dało nowy impuls władzy ajatollahów, podarowało władzy i społeczeństwu męczennika, dało pretekst, aby reżim umocnił się w swych działaniach, zarówno wewnątrz państwa, jak również w polityce międzynarodowej. Ponadto, bezprecedensowy zamach na życie generała potwierdza przekonania zdecydowanej większości mieszkańców Bliskiego Wschodu, że to Ameryka jest złem wcielonym i odpowiada, wespół z Izraelem, za kryzysową sytuację w regionie. Zatem po co to było? Fiksacja USA na punkcie Iranu trwa nieprzerwanie od rewolucji islamskiej z 1979 roku, kiedy to irańscy studenci zajęli ambasadę amerykańską w Teheranie, gdzie przetrzymywali w roli zakładników Amerykanów, pracowników tejże placówki. To traumatyczne wydarzenie sprawiło, że amerykańscy politycy, niezależnie czy z prawej czy z lewej strony politycznej, są psychologicznie niezdolni do skalibrowania polityki zagranicznej w przypadku Iranu. Co zatem? Nie wyobrażam sobie zaangażowania USA w kolejny konflikt zbrojny, Senat nie pozwoli, aby Trump rozpętał nową wojenkę, tymczasem cała sytuacja w regionie jest zapewne w smak kolesiowi z Kremla. Być może zjawi się tu jako wybawca z drzewkiem figowym i zaprowadzi pokój, zasługując na pokojowego Nobla? Kto wie, warto ćwiczyć wyobraźnię, wszystko może nas zaskoczyć. 
Brexit, a jednak. Raptem jeszcze dni parę, do końca stycznia, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii pozostanie członkiem Unii Europejskiej. Przyznam, że nie spodziewałem się takiego scenariusza, po tylu wewnętrznych negocjacjach i niepowodzeniach, byłem przekonany, iż pomimo wyniku referendum dotyczącego pozostania w Unii, Brytyjczycy pozostaną we Wspólnocie. Że temat się rozejdzie, będzie farsą na miarę cyrku Monthy Pythona, ale Brexit finalnie nie nastąpi. A jednak wraz z początkiem lutego Brytyjczycy pokażą światu, Europie szczególnie, że istnieje życie poza Wspólnotą. Oczywiście faktyczne koszty, czy to jest właściwa decyzja, Wielka Brytania pozna po czasie, może nawet finalnie po wielu latach, lecz najbliższa przyszłość nie jawi się kolorowo, będzie wielkim wyzwaniem. Brytyjczycy od wielu lat wysyłali ostrzeżenia w kierunku Brukseli, że nie podoba się im wiele decyzji tam podjętych. Nie przystąpili do strefy euro, nie chcieli znieść kontroli granicznych w ramach strefy Schengen, nie podporządkowali się Karcie Prawd Podstawowych Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Jednak, pomimo tych wyraźnych sygnałów, widmo Brexitu jawiło się w Parlamencie Europejskim jako marny straszak i pełna patosu nostalgia za czasami Imperium Brytyjskiego. Ta nostalgia okazała się w praktyce silniejsza aniżeli pragmatyzm, pomijając znikomy fakt, że serwery światowych wyszukiwarek oszalały dzień po brytyjskim referendum, gdyż Brytole, nie do końca potrafili zrozumieć co też uczynili, jaką organizację opuszczają i czym faktycznie jest Unia Europejska, za której opuszczeniem zagłosowali. Brexit to gra o sumie ujemnej, tu nie będzie wygranych, no chyba, że poza Starym Kontynentem, gdyż mogą tu zyskać jedynie kraje o ambicjach imperialnych, czyli Chiny, Rosja i oczywiście Stany Zjednoczone. Co dalej? Eksperyment trwa, rezultat może nas wszystkich zaskoczyć, choć nie sądzę, że to będzie dobra nowina. 
W swych analizach, corocznych, a jednak, skupiam się na tak zwanych krajach zachodnich, z rzadka spoglądam w innych kierunkach świata. To oczywiście błąd, środek ciężkości dawno już bowiem nie leży na Starym Kontynencie czy w ramach Sojuszu Atlantyckiego, jednak jest to w prosty sposób zmotywowane miejscem mojego zamieszkania. Jednak warto rozważyć co dzieje się na innych kontynentach, w innych galaktykach, na końcu drogi mlecznej. Lolek, lolek, lolek. Saluto.

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Matrix

Aplikacja w telefonie dokładnie określa ile spędziłem czasu na facebooku. Średnio 40 minut dziennie. Do tego instagram. Tutaj zapewne więcej, bo póki co jest dla mnie ciekawszej treści, fotografie po prostu. Sumując może być 2 godziny dziennie a przecież są jeszcze portale z wiadomościami. Ile to będzie sumując? Ile życia umyka? Miesiąc. Pełny miesiąc wycięty z życia w ciągu roku. Poza realnym światem. A przecież musiałbym odliczyć kilka godzin snu na dobę, więc zapewne będzie to okres dłuższy aniżeli miesiąc. Czy to już uzależnienie czy może po prostu obecny stan rzeczy? Okres tuż przed końcem roku to zazwyczaj czas podsumowań, czas rozliczeń, czas planów i postanowień. Zatem co? Bestialsko rozliczyć się przed samym sobą z niezrealizowanych planów czy postanowień, bo surfowałem po sieci? A jeśli nie robię noworocznych postanowień to rozliczenie mogę sobie również darować? No, ale miesiąc poza realnym światem bujając w internetowych obłokach? Minuta to minuta, godzina to godzina, rok, jeśli nie jest przestępny, ma 365 dni, czyli 12 miesięcy. Czas nie przyspiesza, jak napisał we wstępie do ostatniego wydania Tygodnika Powszechnego" ksiądz Adam Boniecki, ale się kurczy. Kurczy się od początku, ale wszyscy żyjemy jakbyśmy mieli go nieskończenie dużo. Pamiętam dylematy własne w szczenięcym wieku, gdy tydzień jawił się jak kara, jak trzeba było na coś czekać. Dzisiaj czas pędzi jakby inaczej.  
Ile oddałem swojej prywatności spędzając miesiąc życia każdego roku w sieci? Komórka z dostępem do internetu to przecież detektor z gigantyczną ilością informacji o posiadaczu. Co klikam, gdzie jestem, co lubię, czego szukam lub wręcz kogo szukam. A już za chwilę e-wizyta, e-recepta, e-diagnoza i wszystko przetwarzane gdzieś na serwerach. Miesiąc z roku w sieci? Są lepsze statystyki. Ponad 70 % użytkowników korzysta ze smartfona w ciągu 5 minut od pobudki, ba, są tacy, co w amoku budzą się w nocy i odruchowo zaglądają do skrzynki, robota, wiadomości, świat w zasięgu kliknięcia. Istny matrix. A czas się kurczy, jak napisał Boniecki.
Czas postanowień? Spędzać więcej czasu w realnym świecie. Plany? Góry, morza, oceany. I rodzina. Skąd to wszystko? Czy faktycznie odkryłem zjawisko kurczenia się czasu czy jest to wręcz podręcznikowy przykład kryzysu wieku średniego? W przyszłym roku poważna impreza, czyli 40-te urodziny. Nie wiem nawet kiedy to się stało. Zagięcie czasoprzestrzeni, istny matrix. 

poniedziałek, 18 listopada 2019

Akrazja

Czym żyć, aby żyć właściwie? Nostalgia czy wiara w przyszłość? Ileż to razy cytowałem tu Jose Ortege y Gasseta, hiszpańskiego filozofa i wielkiego wroga faszyzmu, który zwykł mawiać, że historia się nie powtarza, historię powtarzają ci, którzy jej nie znają". Czy aby na pewno? Weźmy na przykład znany wszystkim temat Brexitu (neverending story, wiem). Wszyscy szarlatani, którzy głośno nawołują do wyjścia Brytyjczyków z Unii, uczyli się, studiowali lub po dziś dzień pasjonują się przeszłością. Boris Johnson, obecny premier, studiował kulturę antyczną, radykał Jacob Rees-Mogg historię, Michael Gove literaturę (która przecież nauką o przyszłości nie jest, lecz studiowaniem dzieł wielkich, wielkich, ale zaprzeszłych). Pozostali z tej szajki również nie bardzo patrzą w przyszłość, dając upust swoim nostalgicznym pragnieniom powrotu do czasów Imperium Brytyjskiego. Czy zatem Gasset się pomylił w swoich rozważaniach? A gdzież tam. Szarlatanom brak pomysłu na jutro, brak oferty na przyszłość, zatem odwołują się do ciepłych wspomnień, a jak wiemy, pamięć ludzka jest wybiórcza, pamiętamy jedynie to, co dobre. Niestety powrotu do czasów imperializmu brytyjskiego nie będzie. Oczywiście niezbadane są losy Brexitu, zwolennicy demokracji liberalnej, którzy są za pozostaniem Zjednoczonego Królestwa w Unii, są zagubieni, wręcz bezbronni, gdyż zaskoczyło ich totalne, bezczelne kłamstwo dotyczące krainy mlekiem i miodem płynącej, jaką być może Brytania, wystarczy opuścić Unię Europejską, ale społeczeństwo powoli się budzi, sondaże pokazują, że zdecydowana większość Brytyjczyków jest za pozostaniem w Europie, a kolejne wybory parlamentarne rozpisane na 12 grudnia mogą zaskoczyć wszystkich. 
Nostalgia. Według badań to obecnie powszechne uczucie w większości społeczeństw na Starym Kontynencie. Stąd Węgry, Polska, nawet pragmatyczni Niemcy dają upust swoim emocjom, głosując na partie polityczne, które obiecują powrót do bezpiecznych czasów, gdy wszystko było jak należy (czyli pod kontrolą możnowładców). Nostalgia i emocje. To mieszanka trudna, lecz posiada przede wszystkim ukrytą wadę dla tych, którzy w nich szukają sposobu na polityczny sukces. Wypala się, jest czasowa, emocje w końcu opadną, a powrotu do przeszłości nie będzie. Zagrożeniem jest oczywiście grabież, czyli zanim ciemny lud zorientuje się, że został oszukany wolności w postaci politycznego wyboru już nie będzie. Czy zatem wszyscy, którzy wierzą w demokrację, non omen liberalną, nie pozbawioną wad, wymagającą retuszu, ale jednak dającą poletko wolności, mogą spać spokojnie? Gdzież tam. Wręcz odwrotnie, powinny zewrzeć szeregi i walczyć o teraźniejszość i przyszłość, gdyż na swoją szansę czekają prawdziwi nacjonaliści, którzy przystąpią do ataku i walki o władzę, gdy nie liberalne miękkie reżimy odejdą. W latach trzydziestych ubiegłego wieku grano już na Starym Kontynencie podobną nutę. Saluto.