niedziela, 28 grudnia 2014

Próżniak w krainie korporacji

Koniec roku to zazwyczaj czas podsumowań. Cholernie tego nie lubię. Gdy rozchodzi się o podsumowanie czegoś tak niematerialnego jak okres czasu, przyjmuje to formę zawieszenia pomiędzy przeszłością (i jej oceną, która nie ma żadnego znaczenia, bo przecież przeszłości nie można zmienić) a przyszłością (tu w grę wchodzą lęki i obawy, czy owa przyszłość będzie taka, jak sami, bądź co gorsze, ktoś bliski chce by była). W tym cholernym równaniu brakuje jednej zmiennej. Jakiej? Teraźniejszości. Allan Watts, brytyjski filozof, zwrócił uwagę, że ciągła krzątanina człowieka aby wyciągnąć wnioski z przeszłości, by lepiej zaplanować przyszłość, jest tym co zazwyczaj odrywa nas od działania, które powinno mieć miejsce tu i teraz. Można spędzić setki minut, godzin, dni, tygodni czy wręcz miesięcy na analizowaniu przeszłości, jednak bez skupienia na tym, co w chwili obecnej, na nic się zdadzą wszelkie postanowienia i plany na przyszłość. Proste? Proste. Tak się przynajmniej wydaje.
Koniec roku to czas podsumowań. Otrzymałem grzeczny mejl z podziękowaniem za trud w miejscu pracy, w załączniku znalazłem statystyki dotyczące mych pierwszych miesięcy w korporacji. W przepastnej tabeli excela podsumowane zostały moje dokonania. Uwagę mą przykuło jedno równanie, mianowicie czas, który spędzam w biurowcu, średnia godzin w tygodniu podczas których oddaję się rozkosznemu obowiązkowi pracy. Zapewne nie jest to wielki wyczyn. Zapewne jest wielu, którzy biją te wyniki. I zapewne są z tego dumni. Cieszę się ich szczęściem, a me serce wypełnia duma, że dzięki mnie mogą pobijać stare i ustalać nowe rekordy. Jednak ja zapłakałem nad swym losem rzewnymi łzami, gdy uświadomiłem sobie ile pięknych chwil umknęło mi bezpowrotnie w biurowych czeluściach. Czy więc jestem próżniakiem, który nade wszystko ceni sobie nicnierobienie, zamiast w pocie czoła wykuwać świetlaną przyszłość w gospodarce wolnorynkowej? Nie, z tym ostatnim stanowczo się nie zgadzam. Ja po prostu wierzyłem, że Keynes miał rację, a jego przepowiednia się spełni. 
W 1928 roku, w trakcie wykładu dla studentów uniwersytetu Cambridge, John Maynard Keynes przekonywał, że w niespełna 100 lat produktywność wzrośnie na tyle, w dobie rozwoju technologii, że nie będzie potrzeby pracować więcej niż 15 godzin w tygodniu". Keynes nie pomylił się w swych prognozach dotyczących wzrostu PKB, jednak sromotnie przestrzelił w rachowaniu czasu pracy, który odwrotnie niż w przewidywaniach ekonomisty z Cambridge, stale wzrasta. O ile w XIX wieku amerykańscy bogacze, opisywani przez socjologa Thorsteina Veblena w książce Teoria klasy próżniaczej", zajmowali się ostentacyjnym próżnowaniem, by pokazać swój status, tak dziś praca, a co za tym idzie permanentny brak czasu, stały się oznaką pozycji społecznej i prestiżu. Nicnierobienie jest jednoznacznie kojarzone z porażką. Czy to właściwe podejście?
Zakładasz biznes, musisz zatrudnić ludzi do pracy a chcesz szybko osiągnąć sukces? Zatrudnij lenia, który ma pasję związaną z czymkolwiek, której oddaje się bez reszty. Taki leń będzie szybko i twórczo wykonywał powierzone mu obowiązki, by szybko i twórczo powrócić do swoich ulubionych zajęć, choćby polegały one właśnie na nicnierobieniu. To oczywiście niezwykle trudne zadanie, znaleźć człowieka tego typu, gra wręcz ryzykowna, bo przecież nie chcesz, by pracownik był produktywny jedynie, gdy jest pod kontrolą. Jednak gdy uda się znaleźć takowego, nie będziesz musiał marnować czasu na kontrolowanie przebiegu pracy, skupisz się na planowaniu podboju rynku w niszy biznesowej, którą sobie obrałeś. Zatrudnienie lenia to ryzyko? Biznes to gra oparta na ryzyku właśnie. Powtarzam zatem, że niezwykle istotne jest, by pracownik - leń miał pasję, której będzie oddawał się bez reszty, to gwarantuje, że pracował będzie szybko, twórczo i sprawnie, by powrócić do swoich ulubionych zajęć.
Koniec roku to czas podsumowań. Cholernie tego nie lubię. Dla mnie to był paskudny rok. Tymczasem wpis powyższy zainspirowany był stertą gazet, które przeczytałem w okresie świątecznym, leżąc w łóżku, z temperaturą i katarem. Dzisiaj czuję się już trochę lepiej. Jutro idę do roboty i nawet się cieszę. Wolę to cholerstwo od grypy. Wszystkiego najlepszego w 2015 roku. Saluto.

wtorek, 16 grudnia 2014

Współczesna wieża Babel

Jest coś niesamowitego w atmosferze, która panuje na lotnisku, gdy jestem tuż przed wylotem. Pod nadaniu bagażu przechodzę odprawę paszportową i wkraczam w delikatnie odrealniony świat. To już namiastka egzotyki. Ludzie zewsząd, niczym w wieży Babel, porozumiewają się często w nieznanym mi języku. Destynacje, które wyświetlają się na tablicy odlotów, są niczym obietnica niezobowiązującej przygody. Magia zakupów w strefie wolnocłowej, która może oszołomić, lecz jedynie mnogością wyboru, nijak ceną. Jednak najważniejsze jest to, co dzieje się za oknem. Potężne stalowe maszyny to lądują, to podrywają się w powietrze, zabierając pasażerów w odległe miejsca w różnych kierunkach świata. Zazwyczaj, z niemałym podekscytowaniem, czekam aż na tablicy odlotów wyświetlony zostanie numer bramki, gdzie mam się udać, by już chwilę później na pokładzie jednej z takich maszyn, podróżować w wybranym kierunku. Tak, jak odczuwam lęk przed lataniem, tak ekscytuje mnie sposób, w jaki funkcjonuje transport lotniczy, zarówno na lotnisku, jak i wysoko w przestworzach. O ile podróż lądem pozwala powoli oswoić się z nowym otoczeniem, to bywa, że po wyjściu z samolotu przeżywam mały szok kulturowy. Tak też było w przypadku krótkiej wizyty na Bałkanach, w Bułgarii i Rumunii. Miałem nieodparte wrażenie, że jestem w Polsce, lecz gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych. Foto - dokumentacja już wkrótce, jak tylko wywołam i zeskanuję negatywy.
Tymczasem w prawdziwym życiu Kobe Bryant wyprzedził Michaela Jordana na liście najlepszych strzelców wszech czasów. Historyczne punkty Bryant zdobył w trakcie meczu Los Angeles Lakers z Minnesotą Timberwolves. Jednak, mimo, że Czarna Mamba", taką ksywkę w NBA nosi Bryant, ma tych punktów więcej niż Jordan, nieformalnego tytułu najlepszego koszykarza w historii nie odbierze mu nigdy. Gdy w połowie ostatniej dekady XX wieku w NBA zadebiutował Kobe Bryant, Michael Jordan był u szczytu swej kariery, zdobywając kolejno czwarty, piąty i szósty tytuł mistrzowski z Chicago Bulls. Jednak wówczas to, w najlepszej lidze koszykówki na świecie, już szukano następcy. I kandydat trafił się idealny - ta sama pozycja, ten sam wzrost, podobny charakter, a nawet znak charakterystyczny, czyli język wysuwany z pyska podczas najtrudniejszych akcji. Wiele ich też jednak różniło. Jordan przez całą swoją imponującą karierę był gwiazdą numer jeden każdej drużyny w której grał, Bryant długo czekał, by stać się najważniejszym graczem Lakers, teamu, w którym gra od początku swej kariery w NBA. Jordan przez cały swój staż w lidze miał zdecydowanie lepszą skuteczność, najlepszym strzelcem sezonu był 10 razy, Bryant ten tytuł zdobył zaledwie dwukrotnie. I wreszcie tytuły mistrzowskie. Michael Jordan i spółka z Chicago zdobyli sześć razy puchar mistrzów, Lakers, z Bryantem na czele, pięć razy dominowali w lidze. I jeszcze jedna statystyka, która przemawia na korzyść Jordana. Zdobycie ponad 32 tysięcy punktów zajęło mu 15 sezonów w lidze, tymczasem dla Bryanta obecny sezon jest 19-tym na parkietach NBA. Z całym szacunkiem i sympatią dla Bryanta, szóstego tytułu mistrza NBA raczej już nie zdobędzie. Saluto.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Kupujcie winylowe płyty






W latach siedemdziesiątych, w samych Stanach Zjednoczonych, w setkach milionów egzemplarzy liczono sprzedaż muzyki na płytach winylowych. Rekord padł w 1978 roku, wówczas to sprzedaż czarnych longplayów zamknęła się w liczbie 350 milionów na rynku amerykańskim. Na początku lat osiemdziesiątych światowa sprzedaż winyli oscylowała wokół miliarda egzemplarzy rocznie. To był już jednak kres epoki czarnego krążka. W 1982 roku Billy Joel wydał album 52nd Street", po raz pierwszy na srebrnej płycie cd. Sześć lat później srebrne kompakty były już najpopularniejszym nośnikiem muzyki w sklepach na całym świecie. Obecnie, po wielu latach, na rynku zauważalny jest wzrost liczby sprzedaży płyt winylowych. Oczywiście nie ma możliwości, aby te liczby zbliżyły się do statystyk sprzed 40-tu lat, jednak widać zdecydowany wzrost sprzedaży czarnych krążków. Na samym rynku amerykańskim sprzedaż winyli w zeszłym roku wyniosła 6 milionów sztuk, co jest wzrostem o kilkaset procent. Od kilku lat sprzedaż rośnie także w Polsce, co mnie oczywiście niezwykle cieszy. Sentyment do czarnej płyty mają także artyści. Winylowe wydanie Lazaretto" Jacka White'a, w zaledwie tydzień od premiery, znalazło ponad 40 tysięcy nabywców. Dzisiaj każdy szanujący się artysta wydaje album na różnych nośnikach, w tym oczywiście na winylowej płycie. Kupujcie czarne longplaye. Saluto.

niedziela, 26 października 2014

Publikacja w Monitor Magazine



W kiosku w pobliżu domu. Na półce z gazetami w ulubionym markecie. W salonie prasowym. Nowy numer Monitor Magazine" jest w sprzedaży, a w nim nasz fotoreportaż z Kuby, wyspy jak wulkan gorącej. Nasz, czyli mój i Macieja Sypniewskiego. Opublikowanych zostało dziesięć zdjęć, z czego osiem jest mojego autorstwa, a dwa są z portfolio Macieja. Na Kubie byliśmy w 2008 roku, tuż po powrocie Maciej za swoje fotografie zgarnął nagrodę w konkursie Viva! Press Photo. Monitor Magazine" to ambitny magazyn lifestylowy, którego jestem zagorzałym czytelnikiem. Mam wrażenie, że jest wzorowany na brytyjskim magazynie Monocle", jednak czerpać z dobrych wzorców to nic złego. Cieszy mnie fakt, że został w nim opublikowany ten materiał. Publikacje, tym bardziej na papierze, to fajna sprawa. Chcę to robić. Saluto.

niedziela, 28 września 2014

Być jak Keith Richards








Jesień nastała, wyszukałem ciepły sweter w szafie. Wracam do biegania po długiej przerwie. Mam nadzieję, że wywoła to przypływ endorfin. Wśród czynników mających wpływ na wprowadzenie organizmu w stan euforyczny, oprócz sportu, są oczywiście narkotyki, sex i alkohol. Biegam, bo nie mam takiego zdrowia jak Keith Richards, choć przyznam, że chciałbym. Byłoby więcej wspomnień.
Co słychać? Jestem pod wrażeniem dzisiejszego zwycięstwa Michała Kwiatkowskiego w wyścigu ze startu wspólnego mistrzostw świata w hiszpańskiej Ponferradzie. Czy po tegorocznych dokonaniach Rafała Majki, zarówno w Tour de France, jak i w Tour de Pologne, a także dzisiejszym złocie dla Kwiatkowskiego, można zaryzykować stwierdzenie, że nadeszła złota era polskiego kolarstwa? Mam taką nadzieję. Co ponadto? Oglądałem walkę Floyda Mayweathera Jr z Marcosem Maidaną. Amerykanin obronił cztery mistrzowskie tytuły, zdobyte w ramach różnych federacji. To był drugi pojedynek Mayweathera Jr z argentyńskim pięściarzem Maidaną. Pierwszy, rozegrany zaledwie kilka miesięcy wcześniej, także był zwycięski dla Amerykanina. Po walce Floyd Mayweather Jr nie wykluczył, że kolejnym jego przeciwnikiem będzie Filipińczyk Manny Pacquiao. Money", jak sam siebie nazywa Mayweather, jest obecnie najlepiej zarabiającym sportowcem na świecie. Gdyby doszło do jego walki z Pacquiao, Amerykanin zarobiłby w całej pięściarskiej karierze ponad 600 mln dolarów. Coś jeszcze? Skoro jestem przy temacie sportu i pieniędzy, to już za miesiąc startuje kolejny sezon ligi milionerów, czyli NBA. Czy San Antonio Spurs są w stanie obronić mistrzowski tytuł? W jakiej formie będzie Kobe Bryant? Jaki to będzie sezon dla Kevina Duranta i ekipy z Oklahomy? Czy powrót LeBrona Jamesa do Cleveland stawia Cavaliers w gronie faworytów? Co dla New York Knicks oznacza wybór na prezesa klubu Phila Jacksona? Ile kar otrzyma w tym sezonie Mark Cuban, właściciel Dallas Mavericks? Czy Derrick Rose jest w stanie poprowadzić Chicago Bulls do zwycięstwa w lidze? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań tuż po rozpoczęciu 69-ego sezonu ligi NBA.  
Na fotografiach dokumentacja ostatnich tygodni. Jestem w Polsce. Czy zostanę w kraju na dłużej czy jest to tylko krótki pobyt? Tego nie wiem. Kilkukrotnie wyjeżdżałem z myślą, że zostanę gdzieś na zawsze", tymczasem życie napisało inny scenariusz. Jak będzie tym razem, to się okaże. Saluto.

wtorek, 9 września 2014

Podhale









Kapela góralska, bez większego entuzjazmu, zarzyna jakieś kawałki. Goście w knajpie, wyraźnie znudzeni, popijają różne trunki. Mam wrażenie, że jestem jednym z nielicznych, który w tym towarzystwie ma jakąś frajdę. Mnie osobiście radość sprawia kwaśnica, którą smakuje po raz pierwszy. Tydzień wakacji na Podhalu. Nie będę się rozpisywał, bo znawca gór ze mnie żaden, ale wierzę, że prawdziwy klimat Tatr jest poza tą cepelią, której jestem świadkiem. Wędrówki po szlakach sprawiają mi radość tylko wówczas, gdy nie muszę się przepychać przez tłumy. Wiem jedno, należy trzymać się z dala od turystycznych miejsc na mapach. Foto - dokumentacja z krótkiej wizyty u podnóża Tatr.
Zostałem sprzedany, choć nie znam ceny. Czytelnik może się zdziwić, gdy wpisze adres bloga, a jako pierwszy post ukaże się teledysk nieznanej mu, a także mi dyskotekowej kapeli. Z tego co wyczytałem, portal eMuzyka wykupił kampanię reklamową w blogerze i promuje swoich podopiecznych wrzucając ich video nieświadomym niczego autorom blogów, takim jak niżej podpisany.

niedziela, 10 sierpnia 2014

W krwiobiegu wielomilionowej metropolii

Gdzie jest centrum Londynu do cholery? Jakiś punkt na mapie miasta do którego mógłbym się odnieść? Rozpocząć lub zakończyć dzień? Czy taki punkt to zatłoczona Oxford Street, gdzie każdego dnia miliony klientów nabywają od milionów sprzedawców miliony dóbr za kwoty przekraczające łącznie miliony funtów? A może centrum to City, gdzie sklonowana armia białych kołnierzyków maszeruje rytmicznie do taktu zegarów giełdy? Czym zatem dla brytyjskiej stolicy będzie Trafalgar Square? Jedynie placem miejskim z pomnikami zasłużonych Brytyjczyków? Cały świat zna Piccadilly Circus, więc może to jest punkt centralny Londynu? A może powinienem się odnieść do miejsc, wzdłuż których przepływa Tamiza? Ktoś zauważy, że wszystkie miejsca, które wymieniłem, są jedynie atrakcją dla turystów, serce prawdziwego Londynu być może jest w innym miejscu. Więc ponownie zapytam, gdzie to centrum? Nawet gdybym zrobił spis niemal wszystkich dzielnic, to i tak nie miałbym pewności, czy nie pojawiłby się ktoś, kto by twierdził, że centrum Londynu jest w innym miejscu. Wszystko to przez ogrom brytyjskiej stolicy, bezmiar miasta, który może wywoływać lęk i niepewność, nawet wśród samych mieszkańców. Peter Ackroyd, autor książki Londyn. Biografia", twierdzi, że żyć w Londynie, to jakby poznać granice ludzkiego istnienia. W mieście, w którym wszystko jest kolosalne, zwykłe ludzkie istnienie wydaje się być nieciekawe i nieważne, a sami mieszkańcy przypominają widma, które jedynie przemieszczają się po ulicach. Jest w tym sporo prawdy. Jedną z charakterystycznych cech mieszkańców Londynu jest wyraz zmęczenia na twarzy, gdyż faktyczne, codzienne poruszanie się po mieście, jest zajęciem wyczerpującym. Nie wyobrażam sobie nawet, jak wyglądałoby życie mieszkańców takich metropolii jak Londyn właśnie, gdyby nie istniał transport publiczny, który jest niczym układ krwionośny, bez którego życie by zanikło. Dotyczy to każdej wielomilionowej metropolii na świecie. 
          

W XIX wieku Londyn przeżywał niebywały rozkwit. Rozwój miasta odbywał się tak szybko, że w pewnym momencie nie było możliwości, by przejść je całe na piechotę. Przełomem okazało się powstanie kolei. Pierwszy dworzec, Euston, uroczyście otwarto w 1837 roku. Krótko po tym powstały kolejne stacje, takie jak Waterloo, King's Cross, Victoria czy Paddington. W latach 1852 - 1877 powstała sieć kolejowa, która oplotła cały Londyn. Dzisiaj, 150 lat później, sieć kolejowa brytyjskiej stolicy wciąż jest w użytku. W czasie, gdy je budowano, dworce kolejowe stały się pałacami wiktoriańskiej wynalazczości i pomysłowości, wzniesione przez społeczeństwo trawione obsesją prędkości i ruchu. Londyn był wówczas centralnym miastem kraju, a także jednym z najważniejszych punktów na mapie handlowej świata. Gdy w 1838 roku brytyjski malarz William Powell Frith wystawił swój obraz The Railway Station", przedstawiający dworzec Paddington, dzieło trzeba było chronić przed naporem entuzjastycznego tłumu. Obraz przedstawia masy podróżnych na dworcu kolejowym, co doskonale oddaje ogrom kolejowego szaleństwa. Do 1849 roku parlament brytyjski wydał zgodę na budowę 1071 odcinków kolejowych, zdecydowana większość w samym Londynie. Rozwój kolei miał ogromny wpływ na wizerunek brytyjskiej stolicy, by mogły powstawać trasy kolejowe wyburzono tysiące domów, wysiedlając przy tym ponad 100 tysięcy osób, jednocześnie nastąpił rozkwit przedmieść, takich jak Kilburn, Willesden czy Fulham, gdzie mogli zamieszkać ci, którzy dawniej mieliby zbyt daleko do pracy. Oczywiście koleje nie były jedyną formą transportu publicznego. Również intensywnie rozwijał się transport uliczny, po ulicach przemieszczały się omnibusy, tramwaje, samochody, furmanki i dorożki. Obserwując londyńskie ulice można było odnieść wrażenie, że wszystkie te pojazdy płyną ulicami miasta w jakieś symbiozie. Jednak żaden opis transportu publicznego w Londynie nie byłby pełny bez opisu kolei podziemnej, czyli metra.
Idea podziemnego transportu pojawiła się w połowie XIX wieku, jednak początkowo budziła wiele zastrzeżeń. Obawy dotyczyły przede wszystkim bezpieczeństwa, i to zarówno na powierzchni, jak i pod ulicami brytyjskiej stolicy. Jednak w 1860 roku projekt metra został ostatecznie zatwierdzony. Pierwszy odcinek został wybudowany na trasie Paddington - Farrington. Był to wielki triumf wiktoriańskiej energii, przedsiębiorczości i pomysłowości. W dniu otwarcia pierwszego odcinka, na stacji Ferrington, pojawiły się tłumy londyńczyków, kobiety ubrane w balowe suknie, mężczyźni radośnie wymachiwali cylindrami. Widok wagonów kolejowych znikających pod ziemią budził w ówczesnych czasach prawdziwą sensację. Na przełomie XIX i XX wieku powstał kształt sieci metra, którą znamy obecnie. Sukcesywnie powstawały kolejne linie metra, a pod ulicami Londynu powstały labirynty, którymi każdego dnia przemieszczało się miliony londyńczyków. I tak jest obecnie. Pierwsze odcinki budowano metodą wykopu i przykrycia, dopiero w 1890 roku zdecydowano się na wiercenie tuneli, dzięki czemu metro zasłużyło sobie na nazwę the tube", jak w języku potocznym nazywa się londyńską kolej podziemną po dziś dzień.
Jak istotny dla metropolii takiej, jak Londyn, jest transport publiczny, miałem okazję przekonać się podczas strajku generalnego pracowników metra. Czas podróży z domu do pracy, z Dollis Hill do Oxford Circus, zwiększył się z jednej godziny do niemal czterech. Tyle samo wynosił czas podróży powrotnej. Wówczas to, po raz kolejny, zamarzyłem o życiu na wsi, z dala od zgiełku wielkiej metropolii. Chyba się starzeję. Saluto.    

poniedziałek, 28 lipca 2014

Albumy z mojej biblioteki: War

100 lat temu, 28 lipca 1914 roku, Austro - Węgry wypowiedziały wojnę Serbii, po czym sieć wzajemnych sojuszy i powiązań państw zaczęła działać i w ciągu kilku dni kontynent europejski stał się areną konfliktu o niespotykanej dotąd skali, który przeszedł do historii jako I wojna światowa. Bezpośrednim powodem wypowiedzenia wojny był zamach na arcyksięcia Austro - Węgier, Franciszka Ferdynanda, dokonany w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku, przez serbskiego nacjonalistę Gawriło Principa, jednak dzisiaj, wielu historyków uważa, że grunt pod wojnę totalną był przygotowywany na długo wcześniej, a sam zamach był jedynie zapalnikiem, który sprowokował wybuch konfliktu. I wojna światowa była konfliktem między państwami na niespotykaną wcześniej skalę, pociągnęła za sobą milionową liczbę ofiar, trwała 4 lata, a po jej zakończeniu świat, szczególnie Europa, która była areną konfliktu, nigdy nie wyglądał już tak samo. Jednak, o czym świadczy 20 lat później wybuch kolejnego konfliktu światowego, człowiek nigdy nie wyciągnął z tej tragedii wniosków, a wojna, jak zjawisko społeczno - polityczne, konflikt między narodami, państwami lub grupami etnicznymi, jest i będzie zawsze obecny w historii ludzkości. 
Wśród książek fotograficznych, które mam w swojej bibliotece, jest wielkie, pod względem gabarytowym i tematycznym, wydawnictwo War", zbiorowy materiał agencji fotograficznej VII. Album jest zapisem fotograficznym konfliktów zbrojnych prowadzonych w różnych miejscach świata, jako amerykańskiej wendety za zamachy terrorystyczne z 11 września 2001 roku. Wydany w 2004 roku przez nowojorskie wydawnictwo de.Mo album to książka niezwykła, przede wszystkim ze względu na treść, ukazuje bowiem działania zbrojne i ich krwawe konsekwencje. Jednak, co według mnie najważniejsze, mimo amerykańskiej propagandy, że konflikty w Afganistanie i Iraku, to wojna z terrorystami, oglądając fotografie z książki War", nie można pozbyć się wrażenia, że to Amerykanie i ich sojusznicy, są tu agresorem i okupantem. Album agencji VII jest wyjątkowy także ze względu na skład fotografów, który opublikował w nim swój materiał. Wśród nazwisk znajdziemy takie tuzy fotoreportażu, jak Antonin Kratochvil, Christopher Anderson, Alexandra Boulat, Lauren Greenfield, Ron Haviv, Gary Knight, Christopher Morris, James Nachtwey i John Stanmeyer. Dzisiaj, 10 lat od wydania albumu, agencja VII działa w zmienionym składzie, a wielu fotografów, których nazwiska wymieniłem powyżej, nie współpracuje już z agencją. Christopher Anderson jest obecnie członkiem agencji Magnum, Lauren Greenfield i James Nachtwey działają niezależnie, a Alexandra Boulat zmarła w 2007 roku. Fotografie opublikowane w książce War" są mocne, krwawe, przez co mają ogromną moc sprawczą, ze względu na treść trudno dzisiaj znaleźć takie materiały w prasie. Album można nabyć jedynie w drugim obiegu, na aukcjach internetowych, jednak mimo wyraźnie zawyżonej ceny, uważam, że jest to pozycja wyjątkowa dla każdego, kto kolekcjonuje książki fotograficzne. 
Według Carla von Clausewitza, teoretyka wojny z XIX wieku, wojna jest tylko kontynuacją polityki innymi środkami". W I wojnie światowej zginęło ponad 9 milionów żołnierzy, ponad 20 milionów zostało rannych, a za zaginionych uznano ponad 8 milionów. Jeśli definicja wojny według von Clausewitza jest zgodna z prawdą, to codziennie giną ludzie wskutek decyzji kilku natchnionych idiotów, o czym przecież świadczą dzisiejsze wydarzenia w Afganistanie, Iraku, Syrii czy na Ukrainie. 

sobota, 12 lipca 2014

Londyn







Istniało kiedyś imperium, które rządziło jedną czwartą światowej populacji i zajmowało taką samo część powierzchni ziemi, dominując niemal na wszystkich oceanach. Imperium Brytyjskie było największym imperium w dziejach ludzkości, powstawało przez blisko 300 lat wskutek działalności osadniczej, handlowej i podbojów terytorialnych monarchii brytyjskiej. W momencie największego rozkwitu tereny zależne od Brytyjczyków porozrzucane były na wszystkich kontynentach, przez co Imperium Brytyjskie zyskało miano imperium nigdy niezachodzącego słońca". Ośrodkiem decyzyjnym dla tych wszystkich włości zawsze był Londyn, miasto nad Tamizą. Jednak myli się ten, który sądzi, że wszystkie decyzje zapadały jedynie w wielkich salach pałacowych Westminster i Buckingham (pierwszy jest dzisiaj siedzibą izb brytyjskiego parlamentu, drugi nadal pozostaje w posiadaniu monarchii). W sercu londyńskiego City, nieopodal Lime Street, gdzie dzisiaj swoją futurystyczną siedzibę ma grupa kapitałowa Lloyd's, jest mała uliczka wypełniona mieszkalnymi kamienicami, która nosi nazwę Leadenhall. To przy tej ulicy, w połowie XVII wieku, rozpoczęła się budowa siedziby głównej przedsiębiorstwa o nazwie The East India Company (EIC), czyli Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. 
The East India Company był to kolektyw londyńskich kupców, zawiązany około 1588 roku, czyli w roku, w którym angielska flota pokonała hiszpańską Wielką Armadę. Klęska potężnej hiszpańskiej floty spowodowała utratę przez Hiszpanię dominacji na morzu na rzecz Anglików. Londyńscy kupcy zwietrzyli w tych wydarzeniach sprzyjające okoliczności do rozwoju handlu zamorskiego. W tym celu kolektyw zwrócił się z petycją do królowej Elżbiety I o pozwolenie na żeglugę przez Ocean Indyjski i wyłączność na handel z terytoriami zamorskimi. To był początek Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, małego kolektywu londyńskich kupców, który rozrósł się z czasem do niebotycznych rozmiarów, pierwszej światowej korporacji, która w ramach swych struktur miała kontrolę nad niemal połową światowego handlu. Korporacja rosła wraz z rozwojem Imperium Brytyjskiego. Wszędzie tam gdzie powiewała flaga Union Jack, pojawiali się kupcy Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, roszcząc sobie prawa do wyłącznego handlu na danym terytorium. To właśnie monopol i siła brytyjskich armat były bezpośrednimi przyczynami sukcesu przedsiębiorstwa. Tuż po pierwszych sukcesach EIC, szeregi kolektywu zasilać zaczęli przedstawiciele arystokracji, inwestując własne środki, lecz co ważniejsze, wnosząc swoje koneksje na angielskim dworze królewskim, jako aktywa o nieocenionej wartości. Wkrótce potem interes The East India Company stał się niemal interesem Zjednoczonego Królestwa, jednak znacznie większe korzyści czerpali ci pierwsi. Gdy Imperium Brytyjskie sprawowało władzę nad włościami ziemskimi, a mieszkańcy stawali się poddanymi angielskiej królowej, Brytyjska Kompania czerpała zyski finansowe z handlu, ryzyko podboju zostawiając wojskom brytyjskim. To między innymi wskutek działań kupców brytyjskich wybuchły wojny opiumowe w Azji, gdyż zakaz handlu opium w Chinach uderzał bezpośrednio w interesy Kompanii. Oglądaliście serię Piraci z Karaibów" z genialną rolą Johnny'ego Deep'a w roli kapitana Jacka Sparrowa? Gdzieś tam w tle niemal zawsze pojawiają się szemrane typki z Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, którzy twierdzą, że działają w interesie Korony Brytyjskiej, jednak ich głównym celem jest jedynie zysk Kompanii i ich samych. Siedziba główna Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej przy Leadenhall już nie istnieje. Budynek uległ zniszczeniu, część parceli została przejęta przez grupę Lloyd's i Bibliotekę Brytyjską. Jednak tak jak przed wiekami, to tu, w londyńskim City, są podejmowane decyzje, które mają bezpośredni wpływ na gospodarkę na świecie.
Kiedyś zadano mi pytanie skąd to zainteresowanie brytyjskim imperializmem, a nie francuskim, niemieckim czy choćby rosyjskim? I dlaczego właśnie Imperium Brytyjskie, w historii którego brak jest naprawdę wielkich wodzów, takich jak choćby Aleksander Wielki, Juliusz Cezar czy Napoleon, którzy prowadzili swe armie na podbój obcych ziem? Zastanawiałem się nad tym i doszedłem do wniosku, że jest coś niesamowicie fascynującego w fakcie, że to właśnie ci dość markotni panowie w czerwonych mundurach, o zaciętych wargach i bladym kolorze skóry, pochodzący z archipelagu deszczowych wysp na północno - zachodnim wybrzeżu Europy, zdołali na wiele stuleci uzależnić od siebie tak wielką część świata. Niezwykle interesujący jest również fakt, że w większości ci wszyscy śmiałkowie, którzy udawali się na podbój ówczesnego im świata pod powiewającą flagą monarchii brytyjskiej, wyruszali w podróż z własnej woli, szukając gdzieś na odległych lądach lepszych szans dla siebie samych, w przeciwnym razie czekałaby ich marna egzystencja na rodzimych Wyspach Brytyjskich. Także brak wielkiego imperatora, jakim niewątpliwie był każdy wielki przywódca prowadzący swe liczne armie, lecz właśnie determinacja zwykłych ludzi szukających lepszych możliwości, sprawiła, że Imperium Brytyjskie było największym imperium w dziejach ludzkości, jest czymś fascynującym. 
Tymczasem w prawdziwym życiu Argentyna zmierzy się w finale mistrzostw świata z niemiecką perfekt maszyną. Na mecz finałowy do składu Albicelestes ma ponoć wrócić po kontuzji Angel di Maria, co, mam nadzieję, pomoże pokonać Niemców. Wierzę, że tytuł zdobędą Argentyńczycy. Ciekawy fakt dotyczący Mundialu w Brazylii to telewizyjne statystyki oglądalności w USA, kraju kojarzonym dotąd z futbolem amerykańskim, baseballem czy koszykówką. Mecz reprezentacji Stanów Zjednoczonych z Portugalią oglądało więcej widzów niż finał ligi koszykarskiej NBA, pomiędzy Miami Heat a San Antonio Spurs. Pierwszy obejrzało ponad 25 milionów widzów, drugi zaledwie 18 milionów. Kolejny mecz Amerykanów na brazylijskich boiskach, starcie z Belgami, przyciągnął przed telewizory ponad 22 miliony widzów. W ten sposób, nieoczekiwanie, piłka nożna stała się drugim pod względem oglądalności sportem w USA. Pierwsze miejsce w tychże statystykach zajmuje od lat dziwna dyscyplina sportu, w której lekko opancerzona drużyna osiłków próbuje z jajowatą piłką przedrzeć się na drugą stronę boiska, czemu chce zapobieć druga drużyna również lekko opancerzonych osiłków. Finały ligi futbolu amerykańskiego, bo o tej dyscyplinie sportu mowa, obejrzało w tym roku prawie 100 milionów widzów. Jednak rosnąca popularność piłki nożnej nie umknęła uwadze amerykańskich publicystów, którzy całą sprawę nazwali upadkiem moralnym narodu amerykańskiego". I jak tu nie kochać piłki nożnej?
Czy zna ktoś twórczość brytyjskiego poety Samuela Johnsona, który żył i tworzył w XVIII wieku w Londynie? Nie poznałem dotąd żadnego innego twórcy, który byłby tak zauroczony miejscem, w którym mieszkał. Wypowiedzi Johnsona na temat jego fascynacji brytyjską stolicą, można również odnaleźć w pamiętniku Jamesa Boswella The Journal of a Tour to the Hebrides", który był bliskim przyjacielem Johnsona, a po śmierci spisał jego biografię. Niemal każda wypowiedź to gotowy cytat, który tłumaczy niezwykły klimat miasta nad Tamizą.    

niedziela, 22 czerwca 2014

Korespondencja z Wysp Brytyjskich










O czym możemy przeczytać w angielskiej prasie? Rzecz jasna o brazylijskim Mundialu i dwóch porażkach drużyny narodowej, co po zwycięstwie Kostaryki nad Włochami, oznacza niechybny koniec występów Anglików na brazylijskich stadionach. Czy po powrocie na Wyspy Brytyjskie rozpocznie się szukanie winnych za słabe występy reprezentacji? Jak napisał Jason Burt, korespondent sportowy dziennika The Telegraph", kogokolwiek Anglicy zechcą obwiniać za porażki w Brazylii, nie są one wynikiem wyłącznie indywidualnych błędów. Piłkarska reprezentacja Anglii gra futbol archaiczny, zbyt przewidywalny, wręcz prymitywny, by móc cokolwiek ugrać z rywalami ze światowej czołówki. Znacznie dalej w swej surowej ocenie idzie felietonista Sid Lowe, który na stronach dziennika The Guardian" zauważył, że to jedynie marzenie brytyjskich działaczy, którzy twierdzą, że futbol z Wysp wciąż wyznacza najwyższe standardy. Ten wielki produkt, jakim jest piłka nożna, Anglicy tworzą już głównie poza boiskiem, na boisku robią to od dawna przyjezdni, tacy, jak choćby Luis Suarez, który wbił Anglikom dwie bramki podczas meczu Anglii z Urugwajem. W końcu głos zabrał Wayne Rooney, który stwierdził, ze Anglicy grają futbol zbyt grzeczny, by wygrywać na Mundialu". Wśród tych wszystkich komentarzy, opinii i przepychanek słownych aktualne pozostaje zdanie, które 24 lata temu wypowiedział George Best. Najlepszy zawodnik, jaki kiedykolwiek zagrał w reprezentacji Irlandii Północnej i najskuteczniejszy strzelec w lidze angielskiej przełomu lat 60. i 70., na pytanie odnośnie postawy drużyny angielskiej na Mundialu we Włoszech w 1990 roku, powiedział, że mistrzowie nie płaczą, mistrzowie wygrywają". Dzisiaj to zdanie wydaje się jak najbardziej aktualne.      
Ciekaw jestem ilu piłkarzy z obecnej kadry angielskiej znalazłoby się na liście Najgorszych Brytyjczyków w historii", gdyby przeprowadzić taki ranking dzisiaj? Za to niezmiernie, od wielu lat, pierwsze miejsce w ankiecie magazynu BBC History" zajmuje morderca z londyńskiej dzielnicy Whitechapel na East Endzie, znany światu jako Kuba Rozpruwacz. Whitechapel także dziś nie jest najlepszym adresem w Londynie, nie trudno zatem wyobrazić sobie jak wyglądała dzielnica w XIX wieku, wówczas to właśnie grasował tam morderca, którego tożsamości nie znamy do dzisiaj. Pod koniec epoki wiktoriańskiej Whitechapel cieszy się okropną sławą jako miejsce upadku moralnego. Wąskie, brudne uliczki zabudowane ciasno tanimi czynszówkami, by pomieść się jak najwięcej ludzi szukających pracy i szczęścia w powiększającej się gwałtownie metropolii. To miejsce przeklęte, gdzie bieda i występek wydają się niemożliwe do wyplenienia, szerzy się alkoholizm i prostytucja, a morderstwa są na porządku dziennym. Jednak prawdziwy strach padł na mieszkańców wówczas, gdy na scenie zbrodni pojawił się właśnie Kuba Rozpruwacz. Ofiary mordercy to prostytutki pod koniec kariery zawodowej, czyli takie, które szukają każdej okazji. Zostały zamordowane przez poderżnięcie gardła, kilka ofiar oprawca wręcz wypatroszył, wyciągając organy na zewnątrz. To właśnie brutalność i powtarzalność zbrodni z 1888 roku skłoniła śledczych ze Scotland Yardu do postawienia tezy, że zabijał ten sam człowiek. Rozpruwaczowi przypisuje się kilkanaście zabójstw, choć tylko pięć z nich należy do tzw. piątki kanonicznej, gdzie morderca złożył charakterystyczny podpis", jak śledczy określają sposób mordu, czyli podcięcie gardła. Schyłek XIX wieku to czas powstawania wielonakładowej prasy, gdzie niezliczone publikacje na temat wydarzeń z Whitechapel przyczyniły się do popularyzacji londyńskiego mordercy. Gazety publikowały hipotezy, kim jest zabójca, ale także listy do redakcji, które rzekomo napisał. Właśnie po jednej z takich publikacji zabójcy nadano pseudonim Kuby Rozpruwacza. Od tego momentu nadawanie zabójcom sensacyjnych pseudonimów stało się zwyczajem prasy bulwarowej. Kuba Rozpruwacz stał się bohaterem ponad stu książek, z czego jedna, Autobiografia Kuby Rozpruwacza" niejakiego Jamesa Carnac'a, została opublikowana na Wyspach Brytyjskich w 2012 roku, wzbudzając niemałe zainteresowanie. Książka została opublikowana na podstawie starego maszynopisu, który znalazł przypadkiem niejaki Alan Hicken, pośród pamiątek po Georgu Hulme - Beamanie, znanym brytyjskim rysowniku z lat 20 - tych ubiegłego wieku. Opisy mordów popełnianych w 1888 roku w londyńskiej dzielnicy Whitechapel są tak dokładne, że szokują nawet specjalistów od Kuby Rozpruwacza. Czy zatem Autobiografia Kuby Rozpruwacza" jest autentykiem czy to jedynie sprawny marketing? Czytelnik w Polsce może to sprawdzić, gdyż w zeszłym roku ukazał się polski przekład.
Tak jak pod koniec XIX wieku brytyjscy wydawcy prasy codziennej wyznaczali trendy, tak dzisiaj czynią to brytyjscy wydawcy magazynów lifestylowych. Dla mnie najbardziej interesujące to te, których tematem przewodnim są podróże. Takie gazety, jak choćby Another Escape" czy Sidetracked" wyznaczają nowe standardy w prasie i dają nadzieję, że fajne publikacje zawsze znajdą swych odbiorców, nie tylko w internecie, lecz także na papierze. Jestem tak zauroczony, że niebawem poświęce oddzielny wpis na tym blogu na ten temat. 
Na fotografiach dokumentacja ostatnich tygodni z brytyjskiej stolicy, tymczasem ja uciekam na szybki obiad do knajpy Pana Taro na Brewer Street, nieopodal Piccadilly Circus. Japońskie żarcie w przystępnej cenie, którą jest w stanie udźwignąć mój imigrancki budżet.  

czwartek, 12 czerwca 2014

Nie ma ludzi zdrowych, są jedynie nie zdiagnozowani

Zakładając tego bloga miałem takie założenie, że będzie to miejsce jedynie wesołych wiadomości. Nowinek, zdjęć i relacji z podróży, barwnych opisów codziennego życia, recenzji książek i filmów, które będę z radością polecał. Wszystko miało być w lekkich oparach absurdu, taką ucieczką przed prozą życia dla mnie samego i dla czytelników. Miało być przede wszystkim zabawnie. Życie ma jednak to do siebie, że kreśli scenariusze, których sami byśmy nigdy nie chcieli napisać. Co gorsza, wciela nas w role, które przerażają nawet na ekranie, przenigdy zatem nie chcielibyśmy odgrywać ich w życiu. Ostatni rok był jednak tak znaczący w moim życiu, że nie potrafię od tego uciec, być może także wnioski do których doszedłem, okażą się dla kogoś pomocne, a mnie samemu pozwolą zrzucić z siebie niemałą traumę, którą w sobie noszę.  
Każdego roku diagnozuje się w Polsce średnio 150 tysięcy nowotworów. Statystycznie umiera 100 tysięcy chorych, co w przeliczeniu daje średnią 273 osoby na dzień. W Polsce rak zabija zdecydowanie większą liczbę chorych niż w pozostałych krajach Unii Europejskiej. W większości przypadków leczenie rozpoczęte jest zbyt późno, by dać szansę choremu na powrót do zdrowia. Statystycznie 30 procent chorych nie zdąży nawet rozpocząć kuracji. Można stwierdzić, znając realia w polskiej służbie zdrowia, że jest to wynik fatalnej organizacji. Nie zgadzam się. W polskiej onkologii nie ma żadnej organizacji, panuje chaos, a pacjent jest bardzo często pozostawiony z diagnozą samemu sobie. Statystycznie, będę to powtarzał, bo wszyscy decyzyjni lubują się w statystykach, rosłyby szanse chorego, gdyby lekarz, który zdiagnozuje nowotwór miał wiedzę i chęci, by pokierować chorego do odpowiedniego ośrodka, gdzie mógłby rozpocząć leczenie. Tutaj statystyka jest jednak taka, że średnio jeden na trzech lekarzy jest zainteresowany tym, co będzie dalej z pacjentem. Rak wygrywa, bo statystycznie nie opłaca się leczyć chorego.
Jakimi zazwyczaj obdarowujemy się życzeniami przy każdej możliwej okazji? Zdrowia i szczęścia. Zdrowie jest absolutnie najważniejszym priorytetem, bez tego nie ma szans na wszystkie pozostałe dobre sprawy w życiu człowieka. To banalne, lecz przekonujemy się o tym wówczas, gdy tego zdrowia zabraknie. Co zatem ze szczęściem? Dziś wiem, że szczęście może przydać się, gdy owego zdrowia zabraknie. Szczęście, byś trafił na właściwego lekarza, takiego, który będzie zainteresowany stanem zdrowia pacjenta i to niezależnie czy jest to lekarz pierwszego kontaktu czy specjalista z naukowymi tytułami, który będzie przeprowadzał najbardziej skomplikowaną operację chirurgiczną na świecie. Gdy będzie operował Ciebie. Wówczas właśnie przyda się w życiu szczęście. Kilka wersów wcześniej napisałem jaka jest według mnie statystyka, w Polsce średnio jeden na trzech lekarzy jest zainteresowany tym, co będzie z pacjentem, co jest absurdem w onkologii poza granicami naszego kraju. Tam, gdzieś dalej, lekarz jest partnerem pacjenta w chorobie, informuje go rzetelnie o wszelkich możliwościach i zagrożeniach, o czym można dowiedzieć się choćby z dekalogu" Krzysztofa Krauzego. Reżyser opisywał swoje leczenie w RPA i fakt, że onkolog, który go prowadził, był dostępny". Co to znaczy? Oznacza to, że reżyser mógł liczyć na kontakt ze swoim lekarzem, który nie odgradzał się konwojem asystentów i sekretarek, co w Polsce jest nie do pomyślenia. Niesprawiedliwością byłoby wrzucenie wszystkich lekarzy do jednego worka, jest bowiem wśród nich wielu oddanych swej pracy i pacjentom specjalistów, którzy chcą i próbują doprowadzić do powrotu do zdrowia chorego człowieka. Zbyt dużo jednak wśród nich kiepskich konowałów, którzy, zdaje się, chcą wykorzystać pięć minut i coś uskrobać dla samych siebie. Przykład? Moja mama miała umówioną wizytę u znanego profesora w dużym ośrodku w zachodniej Polsce. Kilkukrotnie wizytę przekładano, bo profesor był bardzo zajęty, aż w końcu wykończony swoimi obowiązkami wyjechał na urlop. Wówczas to przyjął nas, moją mamą i mnie, asystent profesora z tytułem doktora habilitowanego. Po mglistych prognozach i kilkukrotnym uniknięciu odpowiedzi na pytanie, jakie metody leczenia przewiduje, doktor z habilitacją nie omieszkał dodać, że jest to wizyta półprywatna" i pobiera on opłatę w wysokości połowy stawki profesora. Najbardziej żałuję, że nie miałem wówczas przy sobie dyktafonu, mógłbym dzisiaj podać nazwisko ów lekarza. Na drugim biegunie jest chirurg - onkolog, który operował moją mamę. Byłem świadkiem rozmowy telefonicznej tego lekarza, w której rezygnował on z przeprowadzenia remontu części swojego ośrodka, bo środki, które zaoszczędzi, pozwolą mu przeprowadzić kilka operacji i być może uratuje życie człowieka. Dwóch lekarzy onkologów, dwa przeciwległe bieguny. Szczęście może polegać na tym, by chory człowiek trafił do tego właściwego. 
Kolejnym absurdem polskiej onkologii jest częsty brak poszanowania dla pacjenta w kwestii informacji. Bardzo często onkolog to szaman", który prowadzi pacjenta z pochodnią przez nieznane, ciemne miejsce. Chory człowiek nie powinien zadawać pytań, nie powinien wiedzieć zbyt dużo, to co powinien, to całkowicie przyporządkować się swemu szamanowi". Jakiekolwiek pytania o słuszność decyzji podjętej przez lekarza są nie na miejscu. Jeśli pacjent wie cokolwiek, to przecież może leczyć się sam, po co mu pomoc lekarzy i ośrodka medycznego. Tutaj ponownie należy mieć szczęście i trafić na lekarza, dla którego pacjent nie będzie jedynie numerem w statystyce, lecz przestraszonym człowiekiem, któremu należy rozwiać wszelkie wątpliwości, pomagając mu w ten sposób psychicznie oswoić się z chorobą i okresem jej trwania. 
Jednak najważniejszą sprawą dla nas wszystkich jest samoświadomość, tak, byśmy nigdy nie musieli liczyć jedynie na szczęście i opierać się złym jak zawsze statystykom. Badać się regularnie. Nowotwór wcześnie wykryty zwiększa szanse na powrót do zdrowia, czego nie zapewnią nawet najlepsi i oddani pacjentowi lekarze. Badać się wówczas, gdy czujemy się wspaniale, badać się wówczas, gdy nie jest nam wybornie. W przytoczonym przeze mnie dekalogu" Krzysztof Krauze napisał, że szanse na udział w katastrofie lotniczej mamy jak jeden do trzech milionów, natomiast ryzyko zachorowania na nowotwór wynosi jeden do trzech. O pożytkach ze zdrowego stylu życia nie muszę chyba pisać. Palenie, alkohol, kiepskie żarcie i brak ruchu nikogo zdrowszym nie uczyniły. 
Niemal zawsze polecam jakieś książki, niech tak będzie i tym razem. W zeszłym roku ukazał się polski przekład książki Cesarz wszech chorób. Biografia raka", której autorem jest amerykański onkolog Siddharth Mukherjee. Na niemal sześciuset stronach Mukherjee opisał polowanie na największego mordercę w dziejach ludzkości. To niezwykle wymagająca i mało optymistyczna lektura, jeśli jednak przebrniesz przez wszystkie strony dojdziesz być może do wniosku, że palenie wcale nie jest zabawne, a profilaktyka i zdrowy styl życia to najlepsza broń, jaka istnieje w walce z rakiem, bo jak powiedział mi osobiście jeden z lekarzy nie ma ludzi zdrowych, są jedynie nie zdiagnozowani".

sobota, 10 maja 2014

Albumy z mojej biblioteki: No Man's Land

Larry Towell to mistrz. Kanadyjski fotograf, członek agencji fotograficznej Magnum, pracuje niemal zawsze w ten sam sposób. Wybiera interesujący go temat, zbiera i analizuje materiały, by następnie przez lata dokumentować zastaną rzeczywistość. Gdy uzna, że zebrał już wystarczający materiał fotograficzny i historia warta jest pokazania, wówczas publikuje album. Towell może pozwolić sobie na taki sposób prezentacji swojej fotografii, gdyż utrzymuje się z pracy na swojej 30 hektarowej farmie w kanadyjskim Ontario, a fotografia to przede wszystkim jego pasja. Tak powstał album No Man's Land", w którym Towell opublikował swoje fotografie dokumentujące palestyńską Intifadę Al - Aksa, materiał nad którym pracował w latach 2000 - 2004. Intifada Al - Aksa, zwana także Drugą Intifadą, była masowym powstaniem Palestyńczyków przeciw izraelskiej okupacji Palestyny. Palestyńskie powstanie wybuchło we wrześniu 2000 roku, punktem zapalnym była wizyta izraelskiego premiera Ariela Szarona na Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie, zamieszki szybko rozprzestrzeniły się na Zachodni Brzeg Jordanu i Strefę Gazy. Powstanie trwało do 2004 roku, wówczas to, z chwilą śmierci Jasira Arafata, powstanie zaczęło wygasać. Jednak, jak powszechnie wiadomo, sytuacja na ziemiach palestyńskich i terenie dzisiejszego Izraela, wielce daleka jest od pokojowej. Na terenach tych, od proklamowania przez Żydów państwa Izrael, które miało miejsce po wygaśnięciu mandatu brytyjskiego, trwa nieustanne napięcie, które co rusz przekształca się w konflikt zbrojny. I o tym właśnie jest album No Man's Land" Larry Towella, wydany w 2005 roku przez wydawnictwo Chris Boot.    
To drugi wpis prezentujący jeden z albumów fotograficznych, które mam w swojej bibliotece. Pierwszym była recenzja albumu Asakuza Zenzai" japońskiego fotografa Eriko Kogy. Mam taki pomysł, by raz na bliżej nieokreślony czas, pokazać tu albumy fotograficzne, które są w mojej kolekcji. Albumy stare i nowe. Pomysł powstał, pozostaje być konsekwentnym. 

niedziela, 20 kwietnia 2014

Brothers On The Slide








Wiosna. Deszczowy dzień. Nie wiesz co ze sobą zrobić? Idź do kina. Od piątku w polskich kinach Locke" z Tomem Hardy w roli głównej. Mnie osobiście film wręcz wbił w fotel, lecz sądząc po frekwencji, hitem komercyjnym raczej nie zostanie. Locke" to film o człowieku w sytuacji pozornie podbramkowej. Każdy ruch, który wykona, każda decyzja, którą podejmie, nie przyniosą pożądanego rozwiązania. Ivan Locke to zwyczajny facet jakich wielu. Jest kierownikiem budowy, lubi swoją robotę, jest dobrym przełożonym. Prywatnie ma kochającą rodzinę, która każdego dnia czeka na niego w domu aż wróci z pracy. W krytycznym momencie, chwilę przed skomplikowaną akcją wylewania betonu pod budowę gigantycznego biurowca, Locke opuszcza miejsce pracy, lecz nie wraca do domu, tylko jedzie do kobiety, która tej nocy urodzi jego dziecko, efekt jednorazowej przygody bohatera. Ta podróż wypełnia cały film. To triumf stylu minimalistycznego. Na ekranie cały czas obserwujemy głównego bohatera, za całą scenerię służy kapsuła jadącego samochodu i rozświetlony ekran telefonu, a w nim głosy pozostałych bohaterów opowieści. W telefonicznym dialogu przewijają się wątki, które tworzą całą opowieść. Każda z osób, z którymi rozmawia przez telefon bohater filmu, zna go z innej roli. Życie pędzącego autem bohatera jest wiązką ról, które weszły ze sobą w konflikt. Locke" to absolutny triumf i pokaz sztuki aktorskiej w wykonaniu Toma Hardy'ego. Pierwszy raz zwróciłem uwagę na tego aktora w Incepcji", potem kolejne role, choćby w Szpiegu" czy w Gangsterze", utwierdziły mnie w przekonaniu, że jest aktorem wyjątkowym. W filmie mamy też polski akcent. Bohater, starając się doprowadzić do końca akcję wylewania betonu, każde podwładnemu zatrudnić polską ekipę, bo można na nich polegać. W zamian słyszy przez telefon pozdrowienia od polskiego robotnika dla najlepszego człowieka w całej Anglii".         
W przypadku jakiego kraju ukuto pojęcie fabryka świata"? Być może trudno w to uwierzyć, lecz tym epitetem określono po raz pierwszy Wielką Brytanię. W drugiej połowie XIX wieku na wyspach brytyjskich powstawało 20 procent światowej produkcji, tymczasem obecny udział Chin wynosi około 17 procent, więc można sobie wyobrazić skalę ówczesnej dominacji Wielkiej Brytanii. Dziś rządy wielu rozwiniętych państw dokładają starań, by produkcja powróciła z Azji, gdyż miejsca pracy w samych usługach nie gwarantują rozwoju gospodarki. O ile jednak termin fabryki świata" wymyślono w przypadku Wielkiej Brytanii, a obecnie określa się tak Chiny, tak biurem świata" nazywa się już tylko Indie, gdzie ponad 300 milionów obywateli biegle posługuje się językiem angielskim, tym samym na rynku usług kraj ten jest poza zasięgiem konkurencji. Polecam rewelacyjną książkę 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie" Ha - Joon Changa, ekonomisty, wykładowcy Uniwersytetu Cambridge. Ha - Joon w prosty, dosadny i zabawny sposób napisał o tym, co medialni ekonomiści owijają w bawełnę. Po lekturze tej książki wymyśliłem taki quiz: jest taki kraj, w którym politycy postanowili rozwijać gospodarkę w oparciu o usługi, rezygnując z ciężkiego przemysłu, gdzie prawie 40 milionów obywateli posługuje się trudnym do nauczenia i zrozumienia językiem, a infrastruktura drogowa pozostawia wiele do życzenia. Kraj ten znajduje się w Europie Środkowo - Wschodniej. Jaki to kraj?
Na koniec ciekawostka z innej beczki, także jednak powiązana z Wielką Brytanią. Szukam albumu mojej ulubionej funkowej kapeli Cymande. Byłem zawsze święcie przekonany, że zespół pochodzi z Nowego Jorku, a tu masz, na stronie internetowej znalazłem notkę biograficzną, a tam info, że kapela została założona przez kilku emigrantów z Jamajki i Gujany w stolicy Zjednoczonego Królestwa, Londynie. Brothers On The Slide" to jeden z moich ulubionych utworów. Polecam.
Tymczasem foto - dokumentacja ostatnich tygodni. Większość kadrów zrobiona w Warszawie. Przyznam, że dawniej nie byłem wielkim fanem stolicy, tym bardziej dzisiaj zaskakuje mnie na plus. Mam już kilka swoich ulubionych miejsc czy jadłodajni. Czy mógłbym zostać tu na dłużej? W moim przypadku zawsze trudno o taką deklarację, monogamia miejsca nigdy nie była moją mocną stroną. Saluto.